Apokalipsa: Czapski, Dürer – Lebenstein – Majka

Czapski – „świadek apokalipsy XX wieku” – takie określenia znajdujemy, gdy piszący je mają na myśli to, co przeżył, widział malarz w czasie swojego życia, zwłaszcza w czasie II wojny światowej. Czy rzeczywiście był świadkiem apokalipsy? Gdy pytano go o jego pobyt w obozach sowieckich odpowiadał, że nie był to najgorszy okres w jego życiu. Mimo ciężkich warunków, przyzwyczajenia do niewielkich racji pożywienia – nie narzekał. Żył nadzieją, że to musi minąć. Jak wspominał: głodnym bywał w Paryżu w latach pobytu z kapistami i w Petersburgu. Jednak to, co działo się na nieludzkiej ziemi, to co zrobił Stalin i Beria mordując  ponad 20 tysięcy Polaków w lesie katyńskim, to była prawda, o której mówił i robił wszystko co mógł jako jeden z niewielu ocalonych. Mówił, by przebiło się do opinii świata. Świata głuchego na tę prawdę. Tak, to była Apokalipsa tamtych czasów. Dzisiaj my jesteśmy świadkami – biernymi obserwatorami okrutnych wydarzeń naszych czasów, które dzieją się nie tak daleko od Polski i dla tych, którzy w nich uczestniczą – jest to Apokalipsa.

Detal z witraża Apokalipsa, Jana Lebensteina.

Józef Czapski często patrzył na witraż „Apokalipsa” Jana Lebensteina w paryskiej siedzibie Pallotynów przy 23 rue Surcouf, gdzie prowadzono dyskusje na ważne tematy i gdzie gościły  znamienite osoby.

W Muzeum Archidiecezji Warszawskiej do 29 września 2019 roku można zobaczyć, jak trzech artystów przedstawiło tematy apokaliptyczne.

Wystawa prezentuje trzy cykle ilustracji do Apokalipsy św. Jana, stworzone przez Albrechta Dürera (w latach 1496-1498), Jana Lebensteina (1985) i Artura Majkę (2018-2019). I  warto ją zobaczyć. Warto.

Poniżej  fragmenty z książki Marka Wittbrota, pallotyna z rue Surcouf, który codziennie mija witraż Lebensteina.

ΑΠΟΚΑΛΥΨΙΣ –KONIEC czy POCZĄTEK?

Obrazy grozy. Sceny mrożące krew w żyłach i zapierające dech w piersiach. Historie nie z tej ziemi. Mimo wszystko nieoderwane, nie tyle od rzeczywistości, co od wyobrażeń na jej temat. Niejednokrotnie ci, którzy tworzyli apokaliptyczne przesłanie, nie tyle dawali upust swojej wyobraźni, co próbowali pokryć jej deficyt. Niemal od zarania, odkąd człowiek zaczął uchodzić za istotę myślącą, zastanawiał się: skąd pochodzi, kim jest, po co istnieje i co albo kto decyduje o jego losie? Łamał też sobie głowę nad tym: co go czeka i co czeka całą ludzkość? Czy należy obawiać się – pojawiających się co jakiś czas – bardziej lub mniej złowieszczych zapowiedzi? .[…]

Między III/II wiekiem p.n.e. a II wiekiem po narodzeniu Chrystusa, czyli okresem największego rozwoju apokaliptycznego piśmiennictwa (ale też apokaliptycznych mów, listów, opowieści etc.), powstało wiele utworów o tym charakterze. Począwszy od wspominanych Ksiąg Henocha i Daniela, poprzez Apokalipsę Eliasza czy Ezdrasza, po Apokalipsę św. Jana, cieszyły się one ogromnym powodzeniem wśród prostego ludu. Nie zostały zaakceptowane głównie u saduceuszy i przez sprzyjającą im wąską grupę elit. Już w II wieku n.e. pojawiły się również apokryfy chrześcijańskie, takie jak Apokalipsa św. Piotra z opisem Sądu Ostatecznego czy Apokalipsa św. Pawła, nawiązująca do fragmentu Drugiego Listu do Koryntian, gdzie jest mowa o człowieku porwanym do trzeciego nieba. Wzbudzające niepokój, kojarzone zazwyczaj ze straszliwą katastrofą, pochodzące od oznaczającego odsłonięcie, zdjęcie zasłony, greckiego άποκάλυψις (apokalypsis), pisma apokaliptyczne w rzeczywistości miały dać przystęp do tajemnicy, ustrzec przed zatraceniem.

Apokalipsa wg św. Jana, autor Artur Majka

Nie wolno zapominać, że apokaliptyka chrześcijańska zrodziła się z apokaliptyki judaistycznej i że powstawała podczas prześladowań – w tym przypadku – za czasów panowania rzymskich cesarzy Nerona i Domicjana, jak i podczas represji ze strony Żydów, szczególnie w okresie powstania Bar Kochby. Dzieło, mimo stylistycznych rozbieżności względem Ewangelii i Pierwszego Listu św. Jana, wiązane ze św. Janem Apostołem, niekiedy przypisywane Janowi Teologowi, było skierowane do gmin w Azji Mniejszej i ściśle związane z tamtymi terenami. Ważne – jak przestrzegał Marek Starowieyski – ażeby w interpretacji tekstów apokaliptycznych posługiwać się obrazami i przenośniami odpowiednimi do danego czasu, ażeby obrazów poetyckich nie interpretować dosłownie, ażeby niejasne fragmenty „interpretować w świetle fragmentów jasnych, a nie odwrotnie”14, ażeby nie doszukiwać się systematyczności, chronologiczności, jak i logicznej spójności w przekazach – wreszcie – ażeby nie skupiać się na szczegółach, lecz poszukiwać generalnej idei.

*

Warto nadmienić, że islam – powstały w pierwszej połowie VII wieku i szybko rozprzestrzeniający się po śmierci Mahometa – dorobił się bogatej literatury apokaliptycznej. „Tego Dnia ludzie będą podobni / do rozproszonych motyli, / a góry będą podobne / do różnobarwnej gręplowanej wełny. / Wtedy ten, którego szalki będą ciężkie, / zazna życia przyjemnego; / a ten, którego szalki będą lekkie, / pogrąży się w głębi Czeluści. / A co ciebie pouczy, co to jest czeluść? / To jest Ogień Palący” – czytamy w Koranie. Na wiele różnych sposobów tłumaczony był Dzień Sądu. Inaczej podchodziła do tej kwestii np. egzegeza omajadzka, inaczej abbasydzka; zresztą w okresie wypraw krzyżowych przejmując z apokaliptyki syryjsko-chrześcijańskiej obraz Antychrysta.

Badając źródła – na co kiedyś zwrócił uwagę Joachim Gnilka – należy pamiętać, że żydowska eschatologia apokaliptyczna odcisnęła swoje piętno i na eschatologii Nowego Testamentu, i na eschatologii Koranu. Ktokolwiek ma odwagę zadać sobie nieco trudu i szerzej spojrzeć na związane z końcem czasów kwestie, z łatwością odkryje – jak pisał monachijski profesor egzegezy Nowego Testamentu i członek Międzynarodowej Komisji Teologicznej – „zaskakujące  zbieżności, które w kontekście myślenia apokaliptycznego zachodzą pomiędzy eschatologią żydowską, nowotestamentalną i koraniczną”.

Każda z nich mówi o Dniu Sądu (starotestamentalnym Dniu Jahwe), o złych mocach, o obietnicy Nieba i Piekła, o chaosie i rozpadzie dotychczasowego porządku, o życiu pozagrobowym, o powstaniu zmarłych do życia, o królestwie niebios i ziemi, o tronie Najwyższego i wiecznej szczęśliwości, jak i wiecznym potępieniu. „W apokaliptyce zarówno irańskiej, żydowskiej, chrześcijańskiej, jak i muzułmańskiej znajdujemy połączenie czysto eschatologicznej treści oraz elementów historii współczesnej” – przypominał Geo Widengren.

Dla wielu wierzących Dzień Sądu jest nieuchronny, dlatego każdy muzułmanin ma obowiązek (arab. تكليف / taklif) dążyć do tego, żeby cała ludzkość poddała się Bożej woli. Trudno nie zauważyć, że zjawiska – dla których symboliczną datą stał się zamach na World Trade Center w Nowym Jorku w 2001 roku – mają również podłoże religijne.

Wielu przywódców religijnych islamu nawołuje do wystąpień przeciwko kulturze Zachodu. Ich zdaniem świat Zachodu zasługuje na zniszczenie, reprezentuje bowiem to, co było i jest nazywane ‏جاهلية (arab. dżihilijja), czyli stan niewiedzy, ciemnoty, zamroczenia nie tylko umysłowego. A ci, którzy nie dostąpili oświecenia (nade wszystko słowami Ahmada, które jest teoforycznym imieniem Mahometa), nie mogą przestąpić bram Ogrodu Wiecznej Szczęśliwości.

Pytanie o Dzień Sądu jak i o wiele innych kwestii – zależnie od apokaliptyki, różnie rozumianych, na różny sposób rozstrzyganych – nie przestało być aktualne. Można do nich odnosić się nieufnie czy sceptycznie, ale nie da się przed nimi uciec ani ich ominąć. Niewątpliwie przypomną je ci, którym – w ich mniemaniu – nawrócenie i oświecenie albo zniszczenie Zachodu nie przestało być obojętne i domaga się użycia wszelkich możliwych środków”.

Artur Majka z Tarnowa…

5 kwietnia 1967 roku w Tarnowie Stefanowi Majce i Marii z domu Żurowskiej urodził się drugi syn. Na chrzcie otrzymał imię Artur. Rodzice do swojej ziemi obiecanej a zarazem – jak w przypadku wielu zakątków w Polsce – do miasta zagłady, w którym ponure cienie przeszłości połączyły się z oficjalnym, mocno naciąganym hurraoptymizmem, przybyli po wojnie z różnych regionów dawnej Rzeczypospolitej. Nie wszystkim jednak los ofiarował taką możliwość, bo jego dziadek – jako policjant w Brześciu nad Bugiem – trafił do Katynia i tam zginął. Ojciec pochodził z Dobrej koło Limanowej i był nauczycielem geografii, zaś matka, pochodząca z Rychwałdu koło Gorlic, pracowała w laboratorium analitycznym w przychodni lekarskiej.

Pierwszym krokiem w „świat” najmłodszego z Majków było, w wieku trzech lat, przedszkole. Nie potrafił on jednak się tam odnaleźć, więc rodzice zapewnili mu indywidualny tryb zajęć. „Artur zawsze miał porządek. Denerwował się jak mu ktoś coś przestawił. U niego od najmłodszych lat wszystko zawsze było na swoim miejscu”– zdradziła w 2003 roku pani Maria, gdy trzeba było się sprężać i, przestąpiwszy gościnne progi, ruszać dalej w drogę.

W siódmym roku życia, będąc uczniem szkoły podstawowej, zaczął jednocześnie uczęszczać do muzycznej szkoły. Po czterech latach pozostawił skrzypce, bo – jak kiedyś wyznał – nie lubił lekcji rytmiki i przymusowego chodzenia w rajstopach. W 1980 przyszedł trudny moment, bowiem brat postanowił wyjechać. Bogdan opuścił Polskę i – jak się miało okazać – nigdy do kraju nie wrócił.

W 1982 roku, podejmując naukę w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych im. Artura Grottgera, Artur postanowił zaryzykować. Odważna decyzja się opłaciła, ale często pojawiało się poczucie osamotnienia. „Najlepszymi moimi kumplami byli Cyganie” – przyznał. „Lubił chodzić na łąkę po kwiaty i na lodowisko, na Chyszów, nad Dunajec, w okolice «plastyka» nad Wątok, na Górę św. Marcina z ruinami zamku Tarnowskich i ze starym kościołem oplecionym łańcuchem…” – zdradził kuzyn Jakub, który obecnie jest bioetykiem i od czasu do czasu pojawia się nad Sekwaną z racji swych naukowych zaangażowań.

Góra, położona 384 m n.p.m., bogata w faunę i florę, porośnięta bluszczem i wiązem, zadrzewiona m.in. brzozami, dębami, jaworami i modrzewiami, gdzie wiosną zakwitają anemony i przylaszczki, gdzie można natknąć się na borsuka, kunę albo lisa, to najbardziej na północ wysunięta część Karpat.

Według jednej z legend, poświęcona była bogu wichrów Pogwizdowi i w czasach prasłowiańskich znajdowała się na niej pogańska świątynia. Według innego przekazu, nadreński rycerz Spicymir, wspominany przez Jana Długosza, polując nad rzeką usłyszał krzyk, a następnie w drzwiach, porwanej przez rwący nurt, pogańskiej świątyni, ujrzał białogłowę olśniewającej urody. Złotowłosej piękności uratował życie. Posługując się mieczem wyciągnął z wody gontynę razem z dziewicą. Z pomocą okolicznego ludu wciągnął gontynę na szczyt wzniesienia i zamienił w świątynię chrześcijańską. Pewnego razu pojawił się na wzgórzu stary ślepiec i zrobił łańcuch modrzewiowy, aby opasać nim cały kościółek, bo tak mu sam Pan Bóg kazał. I przestrzegł, że póki naród wiary dochowywać będzie, to łańcuch nie pęknie, zaś cały naród żelaznym łańcuchem opasany zostanie. Kiedy jednak łańcuch pęknie, oznaczać to będzie nieszczęśliwą wróżbę, nadejście niszczycielskiej nawałnicy, po której nic ani nikt nie ocaleje. Legenda pojawiała się w przeróżnych odmianach i wraz z wybuchem I wojny światowej zyskała dużą popularność. Jedną z jej wersji zapisał w swoim wierszu Wincenty Pol. Na wzgórze wiele osób udawało się (i udaje do dziś) nade wszystko z powodu niezwykłych widoków (notabene blisko dwie dekady temu kilku rajców miejskich wpadło na pomysł, żeby nieopodal kościółka postawić krzyż, który przewyższy wszystkie inne krzyże, lecz projekt przepadł).

„Na Górze św. Marcina lubiłem sobie mazać” – przyznał się autor serii Homo anonymus. I wspomniał dwa inne miejsca, w których często bywał z ojcem, gdy wybierał się w jego rodzinne strony.  Pierwszym z nich była pustelnia przy Diablim Kamieniu w Krzesławicach, gdzie do 1992 (a po nim następny do 1997) żył pustelnik. Kamień, którym zamierzał zniszczyć oddalony szczyrzycki klasztor, miał przedwcześnie wypuścić z rąk sam diabeł, pustelnik zaś – choć wydawał się przybyszem z odległej epoki – był nadzwyczaj kontaktowy i otwarty. Jedynie krzyż i trupia czaszka na stole oraz trumna, w której spał, budziły lęk.

Drugim zakątkiem była malowniczo położona wieś Dobra z modrzewiową, trzynawową świątynią z wnętrzem w stylu rokokowym i barokową polichromią. Poza tym celem wypadów bywała Kotlina Sandomierska z Połańcem i Pogórze Ciężkowickie.

W 1987, po zdaniu matury, przyszła pierwsza poważna zmiana. Artur Majka został studentem Politechniki Krakowskiej. Zgłębiając arkana sztuki architektonicznej, od 1989 do 1992, jednocześnie uczył się grafiki w pracowni Związku Polskich Artystów Plastyków pod kierunkiem Adama Małka przy ulicy Łobzowskiej w Krakowie.

Najpierw zamieszkał w Nowej Hucie przy ulicy Skarżyńskiego, w akademiku Politechniki. Po trzech latach z kolegą Bogdanem i Igorem przeniósł się w nowe miejsce. W grodzie Krakusa znaleźli lokum niedaleko Wawelu, dwa „kroki” od dawnej pracowni Stanisława Wyspiańskiego.

Wyruszając z ulicy Bernardyńskiej na uczelnię, na ulicę Warszawską, oprócz zamku, mijał ulicę Stolarską, Rynek Starego Miasta, Barbakan i Pomnik Grunwaldzki. Krakowskie lata utwierdziły go w przekonaniu, że warto pielęgnować swoje pasje. Studiując architekturę nie przestał „mazać”. Tematy czerpiał z najbliższego otoczenia. Swoistego kolorytu jego szkicom i malunkom nadawały jego sukcesy i porażki, a nade wszystko sprawy serca. Kończąc politechniczne studia złożył „papiery” do krakowskiej ASP, lecz bez powodzenia. Wówczas postanowił ruszyć w świat. Wiadomość o śmierci ojca dotarła do niego już we Francji. Stefan Majka będąc jeszcze dyrektorem szkoły podstawowej nr 1, a następnie tarnowskiej „szesnastki”, wiele dla obydwu placówek zrobił, obydwie z nich rozbudował. W okresie przemian przez pewien czas pełnił funkcję prezesa Związku Nauczycielstwa Polskiego Województwa Tarnowskiego. Nie chcąc iść po „linii” partii, musiał zrezygnować ze stanowiska. Do czasu choroby pracował w Kuratorium Oświaty i Wychowania. Odejście i pogrzeb ojca był dla Artura pożegnaniem z tym wszystkim, co długo stanowiło niemal stały punkt odniesienia.

W 1992 rozpoczął swoją paryską przygodę i, jako stażysta, związał się z Atelier Bruno Gelis, zaś w roku następnym zdał egzamin do École Nationale Supérieure des Beaux-Arts. Początki były trudne. Najpierw zajmował niewielki pokoik w przy rue Arbre Sec. W czasie zamieszkiwania na poddaszu przy rue Arsène Houssaye miał dużo szczęścia. Uratowały go minuty, bowiem bomba ukryta w metalowym pojemniku wybuchła pięć minut po jego przejściu obok śmietnika. W październiku 1995 miał pierwszą wystawę indywidualną, Artur Majka. Grafika i rysunek, w Galerie „Terres de l’Est” przy rue Frédéric Sauton nieopodal katedry Notre-Dame, niedaleko słynnej księgarni Shakespeare & Company i blisko paryskiego Musée National du Moyen Âge.

Dyplom w Akademii Sztuk Pięknych w atelier sitodruku i litografii, z serią swoich „domów” (50 na 70 cm), uzyskał w 1996. W tym samym roku podjął naukę u rosyjskiego malarza Aleksandra Zlotnika. Po ukończeniu studiów przez rok pogłębiał swoją wiedzę w pracowni profesorów Michela Salsmanna i Abrahama Hadada. Na krótko poświęcił się projektom graficznym w Point Commun w Boulogne-Billancourt, a następnie powrócił do architektury, pracując przy wizualizacjach biurowców i osiedli mieszkaniowych w Atelier Perspectives w Paryżu. Przez dwa lata mieszkał przy rue Philibert Delorme, stamtąd przeniósł się na avenue du Général Leclerc nieopodal Porte d’Orléans.

Druga połowa lat 90. to nade wszystko bliskie kontakty z Pawłem Joczem, częste spotkania i rozmowy, wspólne działania i – w miarę postępów jego choroby – wspieranie go na różny sposób. Przez długie lata pracownia w Boulogne była prawdziwym tyglem, a zarazem zwornikiem różnorakich idei. Częstymi gośćmi bywali: Zbigniew Dłubak, Ryszard Kiwerski, Michel Lebrun, Ludwik Lewin, Zofia Mosiądz, Maciej Niemiec, Félix Rozen, Andrzej Szafran i wielu innych. Zdarzały się niespodziewane wizyty – np. Andrzeja Barta, Pawła Huellego, Macieja Drygasa, Leona Niemczyka – i niecodzienne konwentykle, w których Artur uczestniczył. Nieraz w trakcie wielogodzinnych debat wykluwały się nowe pomysły. To Paweł namówił go na wyprawę za ocean. Pierwsza wspólna eskapada do USA się nie powiodła. Amerykanie uznali, że skoro chce wystawić swoje obrazy, to zamierza w Stanach podjąć pracę. Odmówili wizy. Mimo to, choć bez jego udziału, w 2002 jego obrazy zostały zaprezentowane w nowojorskiej Galerie Marie G.

„W metrze znowu widziałam tego samego chłopaka, z teczką rysunkową pod pachą. Jest smutny i jakiś taki mocno zafrasowany. Zawsze skromnie ubrany. Za każdym razem jest bardzo skupiony na tym, co robi. Nie patrzyłam, co rysuje. Chyba jednak nie dałoby się nic podejrzeć. Bardzo pilnuje, żeby nikt do jego kajetu nie zaglądał”– usłyszałem w trakcie rozmowy w gronie przyjaciół. Wielkie było zaskoczenie, gdy jakiś czas później, tajemniczy artysta z metra i jego przelotna, równie nieśmiała „znajoma” trafili na siebie podziwiając Apokalipsę Lebensteina. Kilka dni wcześniej, dzięki dyrektorowi Instytutu Polskiego, Artur po raz pierwszy pojawił się w mieszkaniu nad salą Centre du Dialogue. Przez cały wieczór wypowiedział dwa słowa.

„Dom jest dla mnie tym pierwszym momentem, kiedy spotkałem się z realnym światem” – odpowiedział w tym samym miejscu po długim czasie, po wielu prośbach i usiłowaniach, jak i próbie wymazania (z taśmy magnetofonowej) wszystkiego, co powiedział. Zapytany, dlaczego maluje domy i kobiety, nie krył, że dużą wagę przywiązuje do tego, co odziedziczył, począwszy od rodzinnego domu i rodzimego krajobrazu, a skończywszy na tym, co porusza równie mocno jak piękna kobieta. Ubolewał jednak, że prawdziwych domów jakby coraz mniej i o kobietę z krwi i kości coraz trudniej, bo „pojawia się dysonans między samą istotą kobiecości, jej wartością, a tym, co przynosi rzeczywistość”. Po seriach szkiców poświęconych kobietom, jak i mężczyznom, coraz częściej pojawiały się fortepiany, skrzypce lub inne motywy muzyczne. „Jego zainteresowania twórcze są dosyć rozległe, od architektury począwszy, poprzez grafikę, litografię, serigrafię, fotografię, aż po malarstwo i rzeźbę. Artur Majka jest samotnikiem strzegącym dyskretnie – ale i konsekwentnie! – swego intymnego świata”– pisała Anna Sobolewska w 2000 roku. Jego intymny świat można było odkrywać na ekspozycji 4 x figuracja w Krakowie, a także na wystawach w Paryżu, Brukseli i Chicago.

W listopadzie 2006, we wstępie do Recogito napisał, że „sztuka to stan ducha, człowieczeństwo, piękno; i tutaj właśnie istnieje coś, co pozwala mi jeszcze wciąż wierzyć, na nowo patrzeć w przyszłość – wbrew ciągłym doświadczeniom przemijania”. Był przekonany, że ważny jest „zlepek dusz byłych i istniejących, ten kocioł ludzkich istnień bez granic, wspólnych”, bowiem to one tworzą „mikroklimat naszego bytu”. Ów niepowtarzalny klimat jego przedstawień udzielał się odbiorcom, a ich autor – wciąż zaskakiwał.

W 2006 przyszła kolejna zmiana: przenosiny na avenue Emile Laurent w „dwunastce”. W lutym następnego roku pojawiła się na świecie Blanka. Do rozlicznych, nierzadko dodatkowych zajęć – jakie często wynikają z jego życzliwości, bo nigdy nikomu nie odmawia pomocy – doszły ojcowskie obowiązki. W październiku 2008, po nagłej śmierci Pawła Jocza, zamknął się długi okres wzajemnej twórczej inspiracji i intensywnej współpracy z autorem Solidarności ludów. Po udziale w wystawach Malarstwo – Architektura Stowarzyszenia Architektów Polskich we Francji i, w 2009 roku, Wokół rzeźby Xawerego Dunikowskiego w Warszawie, w 2010 przyszła kolej na samodzielną ekspozycję La ville autour. La ville en moi. La ville nulle part w Paryżu. Otwierała ona działalność galerii Roi Doré przy rue Sainte Anastase i była w dużej mierze spojrzeniem à rebours na to, co w dzieciństwie i młodości autor serii Miasto wokół – Miasto we mnie – Miasto nigdzie nie tylko oglądał na własne oczy, lecz głęboko przeżył. Nieodległe, eklektyczne (skądinąd będące pokłosiem pomysłów Corbusiera), amorficzne – należałoby rzec – amityczne Nowe Jeruzalem, będące urzeczywistnieniem utopii, zastąpiła wizja nowej rzeczywistości. Jednak to, co wewnątrz – choćby ludzkiej duszy – zawsze wychodzi na zewnątrz. I nie da się oddzielić własnego doświadczenia – nawet, a może nade wszystko od tego, co kieruje ku najbardziej fantastycznym, futurologicznym czy futurystycznym, odważnym wizjom przyszłości. Wizjom, które nazbyt często okazują się niemym krzykiem tęsknoty.

„Mówimy, że sztuka łamie wszelkie granice. Po przekroczeniu, po unieważnieniu kolejnych granic, abstrakcja okazuje się rzeczywistością. Potrzeba było tylko znaleźć odpowiedni punkt widzenia, żeby tę rzeczywistość znaleźć. W sobie. Albo w swoich snach. Może właśnie dlatego sztuka jest konieczna” – wyznał w 2017 roku Ludwikowi Lewinowi.

Jego Apokalipsa – jak wszystko, z czym postanowił się zmierzyć – wolna jest od uproszczeń i nadmiernej stylizacji. Nie ma w niej „fajerwerków” ani próby wyprowadzenia widza na bezdroża. „Trzyma się rudymentów, malarska substancja została nienaruszona” – stwierdził po obejrzeniu części jego prac kuzyn z Lublina. Niewątpliwie autor Apokalipsy jest bardzo świadomy, że w większość współczesnych apokaliptycznych przedstawień to – jak niedawno powiedział – „walka człowieka z własnymi strachami”. Ale nie są one do końca własne, raczej są animowane i kształtowane przez, pochodzące z wielu źródeł, obrazy z zewnątrz.  Mają także związek z tym, co wewnątrz. Co się składa się swoisty konglomerat własnych przemyśleń i wyobrażeń. „Sztuka bez bycia z człowiekiem nie ma żadnego sensu. Sztuka sama dla siebie nie istnieje. Rysunek – zdaniem tarnowianina z urodzenia i paryżanina z wyboru – jest pierwszym zderzeniem z rzeczywistością. Jest pierwszym spotkaniem z tym, co się obserwuje. Jest zbudowaniem określonej historii. Jest jak pisanie. To pierwszy kontakt z rzeczywistością. Zapamiętywanie własnych myśli zaczyna się od rysunku”.

Tak było wielokrotnie w przypadku autora wielu graficznych opracowań i ilustracji do książek. „Rysunek powinien być wstępem do tego, co później ma nastąpić. Tłumaczy na przykład, dlaczego pojawił się biały kwadrat na czarnym tle. Pierwszym moim zderzeniem z Apokalipsą było zrobienie szkiców” – przyznał. I na pytanie, dlaczego wybrał stonowane barwy i raczej nie szalał z kolorami, odpowiedział, że „gdyby ludzie nie byli ciągle bombardowani «sensacjami» typu, że ta ma złote majtki, a inna złote cycki, może dostrzegliby więcej niż dostrzegają”. Po chwili dodał: „Rolą tak zwanego artysty nie jest pokazywanie, że coś dziwnego się wydarzyło – że szafa się przechyliła albo butelka się przewróciła – bo to samo w sobie nic nie znaczy”. I w jego apokaliptycznych wizjach nikt nie znajdzie żadnych udziwnień.

Apokalipsa , Artur Majka, 2019

Objawienie św. Jana według Artura Majki to „list do wszystkich ludzi na świecie”.

Nie wiemy „jak wygląda Absolut i czym jest”, nie wiemy też, w jaki jeszcze sposób objawi się światu, ale „mamy tekst i możemy robić różne rzeczy, możemy go po swojemu nie tyle interpretować, co przetwarzać” – wyznał. Chciał, żeby „to, co się widzi, wychodziło z tła”, żeby można było – nie bez pewnego wysiłku – „zlokalizować dwa światy”.

Jednym z istotnych elementów stały się „drzwi do nieba”. Każdy „mając te drzwi przed sobą być może daje lub odbiera sobie szansę, żeby je otworzyć i przestąpić próg tajemnicy”. Ale nic nigdy nie jest oczywiste ani z góry przesądzone. „Artur Majka nigdy nie ukrywał, że hołduje sztuce «która swą formę bierze z linii samego życia». Wzorców jest wiele. Są one przydatne, bądź nie, ale były i będą istnieć dotąd, dopóki świat będzie trwać.

Z różnorakich archetypów biorą się jego tematyczne cykle bądź serie: Chrystus, Existences, Głowy, Homo anonymus, Krzesła, Miasto, On i ona czy Schody do nieba”– napisała w lutym 2019 po ostatniej jego ekspozycji Peinture w Espace Sorano w Vincennes Anna Sobolewska. Już wcześniejsze jego wystawy – m.in. w warszawskiej Fabryce Koronek w 2011 i w Galerii B&B w listopadzie 2014, w paryskiej I-Gallery w marcu 2017 i Galerie Roi Doré w listopadzie 2017, w merostwie Cachan w marcu 2018 i w Stacji Kultura w Rumi w maju 2018, a także w galeriach Amsterdamu, Liège i Brukseli – potwierdziły, że konsekwentnie kroczy własną drogą.

„Linie samego życia” również w jego Apokalipsie są widoczne, ale – trzeba by dodać – łączą się z wieloma innymi trajektoriami. „Żyjemy w epoce, w której katastrofy znowu stały się modne” – mówił niedawno. Postaci pojawiające się na tle „wietrznego” bądź „powietrznego” krajobrazu, ni zjawy ni senne widziadła u Lebensteina, burze uczuć czy wichry namiętności u Majki – pokazują, że dawne znaki i symbole nie straciły na znaczeniu mimo pozornej ulotności i nietrwałości. Traktowanie procesu, jak i dokonanego aktu twórczego jako rodzaj obrzędu, nie jest niczym nowym ani incydentalnym. Dionizje organizowane w starożytnej Grecji, ogień Hefajstosa i Prometeusza, dym u starożytnych Wikingów reprezentujący duszę, łodzie funeralne w hinduizmie i buddyzmie, cień lub cienie symbolizujące złego ducha, wreszcie kadzidło stosowane we współczesnych świątyniach – wszystko posiadało określoną funkcję i znaczenie. Sztuka współczesna coraz śmielej korzysta z ulotnych znaków a jednocześnie więcej jest w niej rytuału niż samej treści przekazu. Nierzadko treść gubi się, zaciera w plątaninie różnych wątków i narracji.

W Arturowej optyce, choć – jak w biblijnej księdze – nie brakuje odniesień, zawsze jest coś, co związuje, spaja wszystkie elementy. Z Anioła z kluczem, Archanioła walczącego ze Smokiem, czytającego na tronie, Jeźdźców, Nierządnicy, Niewiasty obleczonej w słońce czy apokaliptycznych starców – nie czyni on onirycznej wizji.[…]

Wizje Artura Majki nie mają charakteru pięknej, romantycznej katastrofy. Nie są próbą przypodobania się ani drogą na skróty. Łączą w sobie głębokie przemyślenia i doświadczenie z wyobraźnią i wolą dotarcia do celu, jaki za każdym razem jest ściśle określony. Są podejmowaniem codziennych sprawdzianów, jak i wyzwań współczesności. W jego „domach”, „kobietach”, „fortepianach”, „rowerach”, „kołatkach”, „schodach”, „ścianach” czy „placach”, w jego portretach i krajobrazach, w jego pejzażach miasta i niewyabstrahowanych abstrakcjach nie ma niczego na pokaz. Jest konkret, a nie abstrakt. Jest umiar, a nie nadmiar. Jest swoboda, a nie toporny przekaz. Jest – niezależnie od tego, co przedstawia – opanowanie, a nie nonszalancja. Jest wreszcie rozległość horyzontów, a nie ideologiczna opowiastka.

„Łączą się w jego sztuce dwa elementy: jest silny nurt tradycji, który owocuje znakomitością warsztatu, a z drugiej strony jest nowoczesność, spełnienie marzenia, jaka dotyczy każdej współczesności. Wiadomo, że tradycja może być kulą u nogi, a sama nowoczesność nic nie znaczy, ale u Artura jest ogromna dyscyplina i samoświadomość, jest fantazja i swoboda, na jaką mało kogo stać. Jest on właściwie artystą, którego stać na wszystko, który na wszystko sobie może pozwolić”– powiedział Paweł Huelle przy okazji rozmowy o Mościcach jego dziadków.

Majka w sposób bardzo świadomy wykorzystuje dostępne narzędzia, wszelkie instrumenty poznawcze i talenty, jakie otrzymał. Nie zakrywa oczu ani nie odwraca wzroku. Pokazuje więcej niż przeciętny widz jest w stanie dostrzec. W jego sitodrukach, grafikach, płótnach czy wizualizacjach jest powściągliwość i subtelność, jaką obecnie trudno spotkać. Można by powiedzieć, że wciąż powraca do pustelni w Krzesławicach albo na tarnowską Górę św. Marcina. Z wysoka, z szerszej perspektywy, spogląda w dół lub w niebo, patrzy na siebie i innych. Z oddali próbuje ogarnąć wzrokiem i oczami duszy nie tylko okoliczne drzewa i rośliny albo domy i pojawiające się postaci. Stamtąd w milczeniu się przygląda: zgiełkliwym arteriom i ulicom, zapomnianym ideałom, porzuconym ideom, jak i współczesnym Miastom Apokalipsy. Nikogo jednak nie pozostawia z niczym.

Autor tekstu: Marek Wittbrot, czerwiec 2019

Wystawa  APOKALIPSA: Dürer – Lebenstein – Majka

do 29 września 2019 roku.

O autorze /


Copyright 2019 - Elżbieta Skoczek / Materiały umieszczone na stronie są chronione prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tylko za zgodą autora. Autorka wszystkich tekstów na tej stronie. Od lat zajmuje się twórczością Józefa Czapskiego: przegląda archiwa, odczytuje dzienniki i zbiera informacje o dziełach malarza (projekt: Catalogue raisonné dzieł Józefa Czapskiego), nagrywa rozmowy z tymi, którzy znali autora "Na nieludzkiej ziemi". Powołała w 2017 roku Festiwal Józefa Czapskiego (jest jego dyrektorem) . W roku akademickim 2017/2018 prowadziła zajęcia na Wydziale Etnologii i Nauk o Edukacji (Uniwersytet Śląski) . Przygotowuje książkę o Czapskim i jego siostrze Marii, która ukaże się w 2019 roku.

Artykuły powiązane

O pisaniu biografii

"(...) starałam się docierać do istoty rzeczy każdego zagadnienia w przekonaniu, że zbliżanie się do prawdy i jawność są wymowniejsze i moralniejsze od przemilczeń, legend i niedomówień.


Ludźmi jesteśmy i tylko ludźmi ułomnymi choćby nas inni brali za aniołów - pisał Mickiewicz do przyjaciół – cytując Naśladowanie.

Maria Czapska, Szkice Mickiewiczowskie, Wstęp

Kontakt

Zapraszamy do kontaktu z redakcją

Wspieraj FUNDACJĘ SUSEIA, wydawcę strony o Józefie Czapskim

W tytule przelewu wpisz: Darowizna na cele statutowe.
nr konta FUNDACJI SUSEIA w MBANK: 
95 1140 2004 0000 3102 7696 9203
Przekazując darowiznę i wypełniając roczny PIT od dochodu można odliczyć kwotę dokonanej darowizny, aż do 6% Twojego dochodu. Zapłacisz niższy podatek.