Malarstwo Tadeusza Brudzyńskiego

kolorowy obraz na nim ludzie na tle biało czerwonym

Takie wspomnienie o Tadeuszu Brudzyńskim napisał Ludwik Lewin:

Ludwik Lewin

TADEUSZ BRUDZYŃSKI albo NIEEWIDENTNIE COŚ BARDZO PROSTEGO

Trudno jest pisać o malarzu, z którym chodziło się po Paryżu, piło się wódkę i wyprawiało niesamowite rzeczy, w które aż wierzyć się nie chce staruszkowi, jakim dzisiaj jestem.
Trudno dlatego, że choć obrazy, na które dziś patrzę, przywodzą często wspomnienie, jak oglądałem je, gdy jeszcze nie wyschły, obecnie oderwały się od osobowości swego autora. Moim obowiązkiem jest stworzenie dystansu między wspomnieniami sprzed dziesiątków już lat, a sztuką trwającą ponad czasem, a na pewno ponad anegdotą.
Choć urokliwa osobowość Tadeusza, bardzo zdecydowanie utrudnia odejście od anegdoty.

Jego znajomi malarze i plastycy nawet na pytania o malarstwo, odpowiadają historiami o wielkim sercu Tadeusza. Jak Marek Szczęsny, który przypomina sobie „wygnanie” prowansalskie, gdy pracował, bynajmniej niejako artysta, w willi pewnego oficera i „ratunek” Brudzyńskiego, który nie tylko zmusił go do powrotu do Paryża, ale oczekiwał na peronie Dworca Lyońskiego.
Inne wspomnienie o Tadeuszu to, gdy w tłustych dla niego dniach, przyszedł do pracowni Marka, długo oglądał płótna – wielkich wymiarów, bo takie maluje Szczęsny – po czym spytał, czy nie ma papierów. Miał i to sporo. Po obejrzeniu Brudzyński spytał o cenę i kupił pół tuzina. Ich autor do dziś nie ma wątpliwości, że nie był to zakup kolekcjonera tylko gest poparcia, pomocy dla przyjaciela, bo Szczęsny, wysoko dziś ceniony, wtedy prządł bardzo cienko.

Ewa Biejat opowiedziała mi, że po przyjeździe do Francji, nie znając francuskiego, łapała się byle jakich robótek. Gdy Tadeusz, jej kolega z warszawskiej Akademii, się o tym dowiedział, to obsztorcował ją stwierdzając, że jest świetną graficzką i pracować ma w swoim zawodzie. Nie ograniczył się do obsztorcowania, po francusku napisał Ewie życiorys – świetnie znał język – lekko przesadny, jeśli chodzi o doświadczenia zawodowe i wraz z nią chodził po paryskich agencjach. Bezpośredni skutek tej metody był niewielki, ale wyzwoliła energię i Ewa szybko podjęła pracę w zawodzie.

Ówczesny jej narzeczony, Jacek Gąsiorowski zrobił film, który zdobył wyróżnienie w Cannes. Nie miał jednak prawdziwej dystrybucji i ani śladu reklamy. Film szedł tylko w jednym, małym kinie, przy prawie pustej sali. Kasjerka bardzo nad tym ubolewała, ale jeszcze bardziej dziwiło ją, że pewien młody człowiek codziennie kupuje dziesięć biletów i nie wchodzi do środka. Tym człowiekiem był Brudzyński.
Tadzio często zachowywał się jak warszawski łobuziak, uwielbiał grepsy i potrafił złośliwym żartem usadzić rozmówcę. Czasem żarty miał okrutne. Jego „paryską galerią” stała się restauracja La Piccola Brescia, na ulicy Pelleport, niedaleko pracowni w XX dzielnicy Paryża. A to dlatego, że w zamian za obrazy, często się stołował u jej szefa Giacomo, i ściany lokalu obwieszone były płótnami Brudzyńskiego.

Pewnego dnia pokazał Giacomo – byli już przyjaciółmi – obraz, na którym były dwie postacie. „Jedna w porządku”, powiedział Giacomo, „ale tą drugą to się możesz wypchać”. Na drugi dzień Tadzio stawił się z oprawioną połową obrazu. „Do dziś dnia pluję sobie w brodę” – śmieje się Giacomo, dyskretnie ocierając coś w okolicy oka.
Jest nad czym płakać.
„Właściwie jedyna rzecz, nad którą się głęboko zastanawiam – jeśli można zastanawiać się w sposób intelektualny nad malarstwem – to to, że nie chciałbym zamknąć w sobie drogi wchodząc w jakiś kanon, który powoduje, że człowiek jest zniewolony własną twórczością. Chciałbym, żeby sprawa na zawsze pozostała otwarta” – Brudzyński często wracał do tego wątku potrzeby czasu, niezamykania niczego.
Nieprzewidywalna, nieprawdopodobna śmierć zmieniła sposób istnienia obrazów Brudzyńskiego. To, co miało być częścią, stało się całością. Fragmenty okazały się dziełem zakończonym.
W czasie studiów i po skończeniu warszawskiej Akademii, jakby wciąż ucząc się od swego profesora, rozwijał wątki i warsztat Jacka Sienickiego. Do końca jego przerwanej drogi odnajdujemy ascetyczną, naładowaną dramatem atmosferę warszawskiego mistrza.

Jednak, jak pisała Barbara Majewska, „w jego obrazach z lat 80. pojawia się jakiś radosny rozpęd faktury, pojawia się światło, rozświetlone biele, które każą myśleć o tej międzynarodowej szkole «wielkiego malowania» młodych, która i u nas miała swoją piękną wersję”. (…)

„Brudzyński dużo rysował i wykazał ogromną zdolność obserwacji, tak jak i wielką umiejętność operowania kolorem, fakturą, materiałem. Ale nie budował swych obrazów tylko na patrzeniu. Tadeuszowi się śpieszyło. Patrząc i odejmując zamienia on swe postacie w pasma, sprowadza człowieka do rdzenia, do struny przecinającej przestrzeń, płaszczyznę obrazu. Intensywność tak stworzonego ludzkiego emblematu, bogactwo koloru i faktur w tej «szczelinie bytu», wynika także z tego, że artysta potrafił umieścić swój twór w przestrzeni i przez to nadać mu życie. Na tym polega sztuka malowania. Na umiejętności takiego zestawienia płaszczyzn, by były przestrzenią, całym światem” – pisała ta wybitna historyczka i krytyk sztuki.

Tadeusz Brudzyński, fotografia z archiwum rodziny

Czym jest sztuka – pytałem kiedyś Tadeusza – czy to sposób powiedzenia wielkich prawd, czy też sposób na życie, bo się te obrazy po prostu sprzedaje, czy też jest to jeszcze coś innego?
Wtedy miałem wrażenie, że próbuje mi się wymykać. – „Myślę, że malarstwo jest w pewnym sensie sposobem życia. I jak to mówili przede mną niejedni, malarzem się nie jest, malarzem się bywa. Myślę jednocześnie, że jeśli człowiek tą działalnością zajmuje się przez sto procent swojego czasu – ja mam takie szczęście, że zajmuję się tym cały czas i nic innego na boku nie muszę robić, żeby przeżyć – i oczywiście – jest to wspaniałe. Tym niemniej nie traktuję tego szalenie poważnie, bo nie uważam, że malarstwo jest jakąś szalenie poważną działalnością. Myślę, że jest to raczej zbliżone do instynktów dziecinnych”.

Teraz już o nic nie można zapytać autora. Samemu trzeba ustalić, jakie zadawał pytania i jakie odnajdywał odpowiedzi. I okazuje się, że memento mori, którego nie powtarzał jako człowiek, przekonany o nieskończoności czasu, który ma przed sobą, bez przerwy jest obecne w obrazach.

Brudzyński szukał malarskich odpowiedzi na pytania o byt. W tych poszukiwaniach były wielkie mity Zachodu, kultura chrześcijańska i francuski kartezjanizm. Były ślady Afryki, gdzie mieszkał kilka lat i chodził do szkoły. Był wreszcie polski paradoks autoironii i dążenie do wypełnienia własnych sprzeczności. I – dlatego był wielki – nie było w tym literatury, tej zbyt łatwej podpórki dla utalentowanych malarzy, którym wydaje się, że malarstwo i rzeźba powiedziały już wszystko, a dzisiaj mogą się tylko powtarzać.
Czysto malarskie odpowiedzi daje Brudzyński, gdy jego poszukiwanie miejsca człowieka, jest poszukiwaniem na płaszczyźnie obrazu. Kiedy rozdwojenie świata pokazuje rozdwajając płótno we wspomnieniu krzyża, który zmienia się z narzędzia męki w narzędzie orgazmu i pozostaje czarną krechą niemożliwości znalezienia sensu.
Próbowałem dyskutować z Brudzyńskim o znaczeniu jego kolorystyki, w której odbijała się sztuka murzyńska. W skomplikowanym i rwącym się wykładzie, próbowałem znaleźć wspólne linie, łączące na wpół abstrakcyjne, ekspresjonistyczne przywołania pionów i chrystyczny spokój martwych natur następnego okresu. Licząc, że mi pomoże, tłumaczyłem to wszystko dosyć nieprzekonująco, bo przerwał moje wywody ze śmiechem. – A ja myślę, że zrobiłem coś bardzo prostego i to do ludzi trafia.

W tym tekście posłużyłem się swymi artykułami opublikowanymi w dzienniku Sztandar 8 lipca 1996 r. i w miesięczniku Vector Polonii, z czerwca 2016 r.

Twórcy emigracji Dawida Dziedziczaka

O życiu i emigracji zapomnianego niemal twórcy, opowiada była żona, Małgorzata Brudzyńska. Rozmowa powstała dzięki stypendium, które otrzymał Dawid Dziedziczak z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu Kultura w sieci.

 

 

 

 

Marek Wittbrot o malarstwie Brudzyńskiego:

„Rzadko się zdarza, że obraz — raz zobaczony — od razu zaczyna oddziaływać, poruszać bardzo mocno i głęboko. Postacie i rzeczy, które maluje Tadeusz Brudzyński, są — mimo pozornej statyczności — pełne wyrazu i ekspresji, jakby skrywanego dramatu. Nie tylko dramatu osobistego, lecz sięgającego daleko w przeszłość. Malarstwo Brudzyńskiego jest zakorzenione w tradycji liczącej tysiąclecia, nosi piętno wygnania, cierpienia — nie zawahałbym się powiedzieć — męczeństwa. Człowiek jest ciągle sam. I rzeczy, którymi się posługuje na co dzień, uczestniczą w ludzkim dramacie, tworzą jego tło. We wszystkim pozostajemy sami: w wierze, nadziei, utracie wiary i nadziei, w rozpaczy i pragnieniu miłości. Jeśli coś się spełnia, to na krótko. Jeśli zapominamy o bólu, to na jedną czy dwie chwile.
Jeśli zapominamy o sobie, to tylko dzięki roztargnieniu, niepamięci, czasem butelce mocnego trunku. Dawno nie widziałem tak lirycznego malarstwa, lirycznego aż do bólu…  Tadeusz Brudzyński, którego prace oglądałem podczas wernisażu w jego prywatnym, paryskim atelier, nie pozostawia obojętnym. Trzeba — patrząc na jego obrazy — albo cierpieć, czuć, myśleć razem z nim, albo odejść, uciec… również od siebie! – napisał Marek Wittbrot, który często gościł malarza u siebie na rue Surcouf w Paryżu.

I odnotował:

Tadeusz Brudzyński urodził się w 1956 roku w Warszawie. W latach 1970-1973 mieszkał w Afryce w Kinszasie. W latach 1975-1976 studiował w Szkole Sztuk Pięknych w Tuluzie, a następnie, od 1976 do 1980 w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W 1980 roku otrzymał dyplom w pracowni profesora Jacka Sienickiego. W czerwcu 1983 roku wyjechał do Francji i zamieszkał w Paryżu. W 1985 roku zdobył Prix de la Princesse Grace. W 1986 roku pracował w Cité Internationale des Arts. Wiosną 1995 roku, z powodu wzrastającego długu za mieszkanie i pracownię, policja siłą usunęła go z własnego domu. Malarz postanowił wyjechać do Polski. Po roku postanowił wrócić do stolicy Francji, zmarł na zawał serca, w kwietniu 1996 roku, tuż po swoim powrocie. Rodzinie artysty udało się odzyskać skonfiskowane obrazy.

http://www.collectionceresfranco.com/fr/expositions-et-artistes/artistes/tadeusz-brudzynski

O autorze /


Avatar

Copyright 2020 - Ela Skoczek / Materiały umieszczone na stronie są chronione prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tylko za zgodą autora. Autorka wszystkich tekstów na tej stronie. Od lat zajmuje się twórczością Józefa Czapskiego: przegląda archiwa, odczytuje dzienniki i zbiera informacje o dziełach malarza (projekt: Catalogue raisonné dzieł Józefa Czapskiego), nagrywa rozmowy z tymi, którzy znali autora "Na nieludzkiej ziemi". Powołała w 2017 roku Festiwal Józefa Czapskiego (jest jego dyrektorem) . W roku akademickim 2017/2018 prowadziła zajęcia na Wydziale Etnologii i Nauk o Edukacji (Uniwersytet Śląski) . Przygotowuje książkę o Czapskim i jego siostrze Marii.

Artykuły powiązane

O pisaniu biografii

"(...) starałam się docierać do istoty rzeczy każdego zagadnienia w przekonaniu, że zbliżanie się do prawdy i jawność są wymowniejsze i moralniejsze od przemilczeń, legend i niedomówień.


Ludźmi jesteśmy i tylko ludźmi ułomnymi choćby nas inni brali za aniołów - pisał Mickiewicz do przyjaciół – cytując Naśladowanie.

Maria Czapska, Szkice Mickiewiczowskie, Wstęp

Kontakt

Zapraszamy do kontaktu z redakcją

Wspieraj FUNDACJĘ SUSEIA, wydawcę strony o Józefie Czapskim

W tytule przelewu wpisz: Darowizna na cele statutowe.
nr konta FUNDACJI SUSEIA w MBANK: 
95 1140 2004 0000 3102 7696 9203
Przekazując darowiznę i wypełniając roczny PIT od dochodu można odliczyć kwotę dokonanej darowizny, aż do 6% Twojego dochodu. Zapłacisz niższy podatek.