"Chciałbym, żeby moje płótna najlepsze były w Polsce, żadne Ameryki, żadna Francja mnie nie kuszą".
Z listu Józefa Czapskiego do Jana Cybisa

Paryż – wart czy niewart mszy?

Z Markiem WITTBROTEM rozmawia Małgorzata SAŃKO

– Czy Paryż wart jest mszy?

– Gdyby odnieść się do kontekstu i znaczenia tej wypowiedzi, trzeba by stwierdzić, że ogólnie przyjętą zasadą jest ta, iż cel nie uświęca środków. Ale zasady zasadami, a z ich zastosowaniem czy respektowaniem bywa różnie. Koniunkturalizm, kunktatorstwo, karierowiczostwo, pragnienie zdobycia władzy, nawet za cenę wyzbycia się swojej wiary, nie jest – jak wiadomo – współczesnym wynalazkiem. Przywołana w pytaniu sentencja została przypisana Henrykowi IV. Miał on użyć tych słów w 1593 roku, gdy pojawiła się szansa na zyskanie przychylności paryskich biskupów i, tym samym, nadzieja na tron. Nie jest pewne, kto naprawdę słowa te wypowiedział – niektórzy uważają, że był to zaufany doradca króla Maximilien de Béthune de Sully, inni wskazują na królewskiego ministra finansów markiza François d’O – ale faktem jest, że król dla celów politycznych kilka razy zmieniał własne przekonania. Działał zatem z wiadomych pobudek. W tamtych czasach takie podejście nie było jednak jakimś wyjątkiem.

Zawsze zwyciężały koniunkturalne postawy?

– Za przykładnego władcę uchodzi francuski król Ludwik IX, choć – z powodu nieudanych krucjat – trudno go nazwać skutecznym politykiem. Przez pewien okres, z racji jego młodego wieku, faktycznie rządy sprawowała jego matka Blanka. Wśród wielu hagiograficznych przekazów do bardziej popularnych należała anegdota, jak to Ludwik Święty, w okresie letnim, po mszy udawał się do Vincennes i siadał pod dębem. Każdy z poddanych, jeśli chciał, mógł zasiąść obok króla i przedstawić swoje troski i problemy. Władca oczywiście starał się wypełnić oczekiwania swoich poddanych. Równie wielką pobożnością miał się odznaczać jego angielski rywal, Henryk III Plantagenet, który jak tylko spotkał kapłana, kazał odprawiać sobie mszę. Ale w XII czy XIII takie historie były w powszechnym obiegu. Można by porównywać je – jeśli o popularność chodzi – do współczesnych telenoweli. Jeśli zaś o stolicę Francji chodzi, po czternasto- i piętnastowiecznym zastoju, a właściwie po całkowitym upadku – w szesnastym wieku Paryż odzyskał swoją pozycję. Jak niegdyś Filip  II August, tak Franciszek I postawił na gospodarkę i na sztuki wyzwolone. Jego następcy rozbudowywali i modernizowali stolicę królestwa. Zazwyczaj jednak nie opierali się pokusie, żeby przekonania – również religijne – dostosowywać do bieżących potrzeb.

– Teoria szła swoją drogą, a praktyka swoją?

– Pięknie czy idealnie wygląda wszystko w bajkach albo w mitach. Rzeczywistość nigdy nie jest czarno-biała. O ludzkich wyborach decydują różne względy. Na ogół te wzniosłe mieszają się z prozaicznymi i więcej jest tych przyziemnych. Warto – dla pełni obrazu – pamiętać o jednych i drugich. I tak, gdy się nawiązuje do najbardziej popularnych faktów z przeszłości, na przykład do historii o 40-letnim mistrzu zakochującym się w swojej 18-letniej uczennicy, ważne są realia epoki, jak i kontekst owego dramatycznego romansu. Piotr Abélard, zachęcający by religijne twierdzenia poddawać pod osąd rozumu, uchodzący za prekursora racjonalizmu, pod wieloma względami wyprzedzał swoją epokę. Z pewnością nie tylko dzięki siostrzenicy paryskiego kanonika Fulberta przeszedł do historii czy – patrząc z drugiej strony – nie wolno zapominać, że Heloiza, poza urodą, została obdarzona niepospolitym umysłem. Étienne Gilson, wybitny XX-wieczny tomista, który nie ograniczał się do nauk Akwinaty i opisał kilka sławnych par, zauważył, iż profesorowie zazwyczaj nie odczuwają potrzeby istnienia muzy. Ale czasem, jak uderzenie pioruna, dopada ich uczucie. Wówczas „inwazja szlachetnej namiętności” uszlachetnia nie tylko ich serce, lecz rozum.

Dzięki Heloizie tak stało się z Abelardem?

– Wiele na to wskazuje. Przeważnie tak się dzieje, że na skutek różnych zbiegów okoliczności w określonym miejscu i czasie możliwe staje się to, co gdziekolwiek indziej byłoby niemożliwe do przeprowadzenia albo nie miałoby takiej siły oddziaływania, takiego wpływu na nasze postrzeganie rzeczywistości i na myślenie. Trzeba by przy okazji przypomnieć, że nie bez powodu przekonania Tomasza z Akwinu, który okazał się jednym z największych filozofów w historii i świętym Kościoła katolickiego, dojrzewały w stolicy Francji. Mimo że nie były to spokojne czasy, właśnie dwunasto- i trzynastowieczny Paryż wskazał kierunek, utorował drogę nowym prądom. Ale trzeba było czekać stulecia, żeby na przykład zrozumiała stała się „oczywista oczywistość” – że ślepa wiara prowadzi na manowce.

A letniość połączona z ambicją – podobnie jak w przypadku króla, który dla zdobycia władzy zmieniał przekonania – nie prowadzi na manowce?

– Fanatyzm czy indyferentyzm religijny, w połączeniu z chorą ambicją, są równie groźne. Chociaż letniość chyba mniejsze straty przynosi niż wzmożenie. Czy bardziej należy się bać stosów, polowania na czarownice albo piętnowania ludzi rzekomo nieprawomyślnych, czy też tak zwanej swobody obyczajów, prowadzącej nierzadko do handlu żywym „towarem” albo, ostatnio szeroko dyskutowanej, pedofilii? Niektóre anomalie – można by powiedzieć – szybciej objawiają się na zewnątrz, inne mają charakter bardziej ukryty, ale są równie destrukcyjne. Inna sprawa, że stanowią doskonałą pożywkę dla demagogów i tych, którym o nic innego nie chodzi, prócz władzy. Pokazała to wojna, nazywana stuletnią, a trwająca znacznie dłużej, bo od 1337 do 1453 roku. Pokazały to działania – jak by na to nie patrzeć – chrześcijańskich władców, którzy uciekali się do przemocy i kłamstwa. Tak częstokroć, za rządów Kapetyngów czy Walezjuszy, bywało. Pokazał to proces i śmierć Joanny d’Arc, jak i Noc św. Bartłomieja. Odsłon tragedii, do jakiej doprowadziły knowania przywódców państwowych i religijnych, było niestety znacznie więcej.

– Własne, partykularne interesy przedkładali nad dobro swojego królestwa i swoich poddanych, jak i nad ewangeliczne rady?

– Mówiąc językiem Gabriela Marcela, niegdyś dość popularnego francuskiego filozofa: „być” nie da się oddzielić od „mieć”. I w tym cały kłopot. Zazwyczaj pięknych słów chętnie używają i nadużywają ci, których nie stać na piękne czyny. Św. Franciszek Salezy radził, żeby zawsze stawiać się w miejscu bliźniego. Powoływał się przy tym na cesarza Trajana, któremu zarzucano, iż majestat imperium i najwyższego w państwie urzędu z jego powodu doznał uszczerbku. On zaś miał odpowiedzieć, że chciałby być takim władcą, jakiego by sobie życzył, gdyby był poddanym. Trzeba by dodać, że biskup Genewy – dając przykład dobrego rządcy – nie wgłębiał się w szczegóły. A przecież panujący Cesarstwem Rzymskim na przełomie I i II wieku Trajan ugodowy był tylko w polityce wewnętrznej, zaś na zewnątrz kontynuował ekspansję. Jego podboje zatrzymało dopiero powstanie żydowskie w 115 roku. Powracając do francuskiego podwórka: autor słynnej Filotei, znający doskonale stolicę swojego kraju, bo w niej studiował, krążył pomiędzy Annecy, skąd zarządzał diecezją, a Rzymem i Paryżem, próbując wpłynąć na poczynania papieża Klemensa VIII i króla Henryka IV. Był też przeciwnikiem siłowego rozwiązywania religijnych sporów. W przebraniu udał się do Genewy, do Teodora Beze zarządzającego kalwińskim Kościołem, aby rozmawiać, spierać się na argumenty, a nie na szable czy na miecze.

Dlaczego zatem, zamiast dialogu, często zwycięża duch konfrontacji?

– Nie trzeba być psychologiem, żeby wiedzieć, że ludzie słabi wewnętrznie częściej uciekają się do przemocy. Argumenty zastępują rzekomymi pewnikami. Brak dostatecznych racji czy własną nieudolność nazywają rozwagą. Złożone ludzkie sprawy tłumaczą w prostacki sposób. Agresja i arogancja, jak i nadęcie, pretensjonalność i pompatyczność, wyniosłość pomieszana z wzniosłością – to dla nich chleb powszedni. Patos zaś zadziwiająco łatwo przeradza się w pogardę, a wiara traktowana czysto koniunkturalnie kończy się na działaniach na pokaz, na symbolach dominacji i na przymierzu ołtarza z tronem.

Jak w epoce Ludwika XIV?

– Do czasu osiągnięcia jego pełnoletniości krajem rządził kardynał Mazarin, który objął schedę po – tak barwnie opisanym przez Aleksandra Dumasa w Trzech muszkieterach – kardynale Richelieu. Kościół francuski w owym czasie był potęgą, ale – z szerszej perspektywy patrząc – okazała się ona jego klęską. A na jej skutki nie trzeba było długo czekać. Są one zresztą odczuwalne do dziś. Nieraz – gdyby obrazowo to przedstawić – gdy była czy jest ona potrzebna, brakuje mszy i brakuje ludzi, którzy chcieliby w niej uczestniczyć.

Popularna stała się anegdota, że gdy – już za panowania kolejnego potomka Burbonów, syna Ludwika XV – lud zaczął się burzyć i zażądał chleba, żona Ludwika XVI, Maria Antonina, odpowiedziała: „niech jedzą ciastka”?

– Trzeba by mówić o arogancji władzy, dla której doskonałą pożywką jest – delikatnie rzecz ujmując – niski poziom społecznej świadomości. Buta, jak każdy rodzaj pychy, prędzej czy później się mści i często płaci się za nią przez pokolenia. Ale – jak wskazują niektóre źródła – królowa, pochodząca z dynastii Habsburgów, do samego końca zachowywała się godnie. Szła na szafot z podniesioną głową. Z kolei – jak dowiadujemy się z innej przypowieści – jej mąż w przebraniu próbował ratować swoją skórę. Gdy zdawało się, iż odzyskał wolność, bo był już za miastem, „strażnik rewolucji”, spojrzawszy na monetę z podobizną Ludwika XVI, rozpoznał uciekiniera. Po zatrzymaniu i osadzeniu w areszcie, na Placu Rewolucji, w miejscu, gdzie stał wcześniej pomnik Ludwika XV – a gdzie w 1833 roku miał się pojawić obelisk ze świątyni Amona w Luksorze – praktycznie bez wyroku, w imię konieczności dziejowej, król został ścięty.

– Obecny Plac Zgody nie był jedynym miejscem, gdzie była wymierzana „dziejowa sprawiedliwość”?

– Słuszny gniew – jak wiemy – przemienił się w terror. Ciekawie owe mechanizmy ukazała gdańska pisarka Stanisława Przybyszewska. Sprawę Dantona, na użytek kina, zaadoptował w 1983 roku Andrzej Wajda.

– Pokazując, że tragedia często przeradza się w farsę?

– Emocje szybko biorą górę. Żądza krwi – przestrzegał przed nią René Girard – narasta. Gdy zaczyna brakować rzeczywistych przeciwników, wynajduje się ich. Inaczej bowiem czym i jak wytłumaczyć własną nieporadność? Wróg, choćby wszyscy wokół byli pokojowo nastawieni, musi się znaleźć. Urojone zagrożenia legitymują wprowadzanie autorytarnych praktyk. Zaczyna być i strasznie, i śmiesznie.

– Surowość zastępuje powagę a…

– …pozory górują nad faktami? Jeśli do czegoś takiego dochodzi, wówczas nie bardzo wiadomo, co jest realnością, a co zmyśleniem. Dramat przeradza się w groteskę. I częstokroć przekraczana jest granica śmieszności. Rządzący zaś – chociaż na każdym kroku się ośmieszają – niczego się tak nie obawiają jak satyry. Błędne koło absurdu kręci się coraz szybciej i zatacza coraz szersze kręgi.

– I wszystko kończy się katastrofą?

– Doskonale pamiętamy to z historii. Niewątpliwie znacznie lepiej jest, gdy Place de la Concorde, jak na obrazie Edgara Degasa odnalezionym czterdzieści lat po wojnie, staje się miejscem przechadzki, a nie publicznych egzekucji. Wicehrabia Ludovic Lepic ze swoimi córkami i psem jest zdecydowanie bardziej pociągającym widokiem niż makabryczne spektakle, jakimi dawali upust swojej nienawiści rewolucyjni agitatorzy. Zaspakajając żądzę odwetu i skłonność, na jaką dopiero sto lat później miał zwrócić uwagę Friedrich Nietzsche, „strażnicy rewolucji” – w swoim mniemaniu uchodzący za obrońców najwyższych wartości – resentyment uczynili ideologicznym orężem. Trzeba jednak mocno zaznaczyć, iż nie da się wszystkiego sprowadzić do wspólnego mianownika. Procesy historyczne i dziejowe przesilenia to nie matematyka; choć być może – musiałby na ten temat wypowiedzieć się specjalista – rachunek prawdopodobieństwa miałby tu zastosowanie. Zaryzykowałbym jednak stwierdzenie, że gdyby nie resentymenty, nie byłoby pierwszej i drugiej wojny światowej. Nie byłoby obozów koncentracyjnych czy – patrząc z francuskiej perspektywy – nie byłoby wojny o Algierię i o Indochiny, nie byłoby maja 1968 roku i kilku innych rzeczy. Lepsza zatem ponura Paryska ulicaGustawa Caillebotte’a – i rewolucja w sztuce! – niż bardziej lub mniej krwawa czy nawet bezkrwawa utopia.

– Po drugiej wojnie światowej, z jedną z utopi, postanowiła powalczyć grupa ludzi…

– …z Jerzym Giedroyciem na czele. Wojenne losy rzuciły go na Bliski Wschód, później do Włoch, z Italii zaś, w 1948 roku, Instytut Literacki i „Kultura” zostały przeniesione do Francji. W sumie przez powojenne lata jeden człowiek – oczywiście nie w pojedynkę, ale potrafiący zespolić różne elementy, włącznie z czynnikiem ludzkim – zrobił dla polskiej kultury więcej niż PRL-owskie instytucje kulturalne razem wzięte.

– Ale Maisons-Laffitte nie było jedyną polską placówką nad Sekwaną.

Polską a zarazem nieperelowską. Od 1843 roku działał Hôtel Lambert, należący do 1975 roku do rodziny Czartoryskich. Na Wyspie Świętego Ludwika do 1993 roku funkcjonowała też galeria i księgarnia Romanowiczów. Istniał, nieopodal slawistycznego wydziału Sorbony, Dom Kombatantów przy rue Legendre, który w 2000 roku stał się dzierżawą Polskiej Misji Katolickiej. Był i jest, w 1844 przekazany Polakom, kościół Notre-Dame-de-l’Assomption. Nadal działają: Biblioteka Polska, liceum polskie w dzielnicy Batignolles, Dom Świętego Kazimierza i, powstałe po wojnie dzięki przedstawicielowi Watykanu, arcybiskupowi Roncalliemu, późniejszemu Janowi XXIII, Seminarium Polskie. Znajdowało się ono przy rue des Irlandais w Dzielnicy Łacińskiej, w 1997 przeniesione zostało do Issy-les-Moulineaux. Dziedzictwo Wielkiej Emigracji stanowi Księgarnia Polska, która po pierwszej wojnie światowej zainstalowała się przy bulwarze Saint-Germain. Pojawiło się też kilka pomniejszych polskich instytucji.

– Do „pomniejszych instytucji” należy polski Dom Studenta im. Jana Pawła II i pallotyńskie Centrum Dialogu?

– O polskim Foyer de Jean Paul II można by mówić do czasu przenosin, w 2000 roku, z rue Lourmel w piętnastej dzielnicy do Arcueil. Obecnie reklamuje się jako dom międzynarodowy, będący „rozwinięciem dzieła istniejącego od 1980”, przeznaczonego dla studentów z Polski i Europy Wschodniej, a zarazem „prywatny, katolicki ośrodek znajdujący się u bram Paryża”. Centre du Dialogue i inne instytucje, od 1947 roku działające przy paryskiej ulicy Surcouf, to nieco inna historia.

– Na czym ta inność polegała?

– Trzeba by zacząć od tego: zanim pallotyni wykupili Hôtel Saint Dominique, specjalizował się on w wynajmowaniu pokoi na godziny. Sam budynek powstał trzysta lat wcześniej. Należał ponoć do ogrodnika madame de Pompadour. Czy słynna faworyta Ludwika XV a zarazem protektora uczonych i artystów tutaj bywała? Wszystko należałoby sprawdzić. Od momentu zakupu domu w 1947 do połowy lat sześćdziesiątych XX wieku działały tutaj: zarząd pallotyńskiej delegatury, a później regii, redakcje polskich czasopism oraz wydawnictwo. Na początku 1964 roku przy rue Surcouf, pod numerem 25, zamieszkuje Józef Sadzik, który półtora roku wcześniej, po ukończeniu studiów filozoficznych we Fryburgu szwajcarskim, przybył do Osny, gdzie mieściła się drukarnia i dwie szkoły. Nie mam wątpliwości, że był to moment przełomowy: i dla regii, i dla paryskiego domu. Tutaj, w 1966, Société d’Éditions Internationales zostało przekształcone w Éditions du Dialogue. Tutaj, kilka lat później, pod numerem 23, powstał dom z salą-kaplicą, a w grudniu 1973 roku odbyło się pierwsze spotkanie w Centrum Dialogu.

– Ze Stefanem Kisielewskim?

– Tak. On zapoczątkował działalność ośrodka odczytowo-dyskusyjnego. Ale – można by rzec – ruch zaczął się znacznie wcześniej. Jeszcze w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych pojawiał się w domu przy rue Surcouf Angelo Giuseppe Roncalli…

– …Jan XXIII?

– W owym czasie był nuncjuszem. W 1944, na życzenie generała de Gaulle’a, zastąpił arcybiskupa sprzyjającego kolaboranckim rządom Vichy. Do dziś powtarzana jest anegdota, że gdy przybył po raz pierwszy do pallotyńskiego domu, a był zaproszony na obiad, obawiano się, że – ze względu na tuszę – nie przeciśnie się przez wąskie drzwi prowadzące do jadalni. Była rozważana opcja, żeby – na wszelki wypadek – przygotować wszystko tak, żeby mógł wejść przez okno. Ale – jak powtarza obecnie najstarszy, bo 94-letni pallotyn i były ekonom, ksiądz Tomasiński – „okazał się bardzo zwinny i wszedł jakoś bokiem”.

– Inni „bokiem” nie musieli wchodzić?

– Osoby, jakie tutaj się pojawiały już w latach sześćdziesiątych, to: szwajcarski profesor Sadzika ojciec Bocheński, jego fryburski kolega ksiądz Pasierb, autorzy La philosophie a l’heure du Concile Jerzy Kalinowski i Stefan Swieżawski, współpracujący z ilustrowanymi magazynami „Elle” i „Vogue” Roman Cieślewicz, jego żona, rzeźbiarka Alina Szapocznikow, a nade wszystko – moim zdaniem jedna z najważniejszych osób z Sadzikowego otoczenia – Olga Scherer, przez którą poznał malarza i rzeźbiarza Jana Lebensteina.

– Kim była Olga Scherer?

– Urodziła się w Krakowie. Chodziła do liceum we Francji. Trochę wędrowała po Europie. Doktorat zrobiła na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Wykładała na amerykańskich uniwersytetach, a po powrocie do Paryża w 1957, poświęciła się badaniom literackim w Centre National de Recherche Scientifique i wykładom w paryskim American College. Habilitowała się dociekając dialogowości u Faulknera i Dostojewskiego. Korespondowała z Witoldem Gombrowiczem i Jerzym Stempowskim. Przyjaźniła się z Teresą Dzieduszycką i jej szwagrem Zbigniewem Herbertem, jak i żoną poety Katarzyną, a także z Marią i Kazimierzem Brandysami, Konstantym Jeleńskim i Czesławem Miłoszem. Znajomość z nią zawdzięczał Sadzik redaktorowi „Kultury”, do którego udał się na konsultacje wkrótce po przybyciu na stałe do Francji. Począwszy od pierwszej, przedwielkanocnej wizyty u Giedroycia, podczas której Sadzik poznał Zbigniewa Brzezińskiego i całą ekipę „Laffitu”, kontakt z Olgą okazał się bardzo twórczy. Owocował najpierw przekładami. To ona przetłumaczyła na polski, do kolekcji „Znaki czasu”, O dialog z niewierzącymi Michela Lelonga oraz książki takich autorów jak Christopher Butler, Marie-Dominique Chenu czy Henri de Lubac. Ona przełożyła na francuski, do paryskiej antologii polskich autorów, opowiadanie Leszka Elektorowicza Nawrócony. Nikogo chyba dyrektor i redaktor Éditions du Dialogue tak nie cenił, nikim chyba nie był tak olśniony – jak właśnie Olgą, która nie znosiła stereotypów, zgłębiała „teorie chaosu”, nie lubiła się obnosić ani skupiać na własnej osobie. Zwierzyła się kiedyś, iż pragnęła, żeby po jej śmierci „Józek odprawił mszę po łacinie” za jej duszę. Jego przedwczesna śmierć zniweczyła te plany.

 

Ryszard Krynicki, Jerzy Krzysztoń i ks.Józef Sadzik w Centrum Dialogu, Paryż ©ks.Witold Urbanowicz

Ryszard Krynicki, Jerzy Krzysztoń i ks.Józef Sadzik w Centrum Dialogu, Paryż ©ks.Witold Urbanowicz

– Przez swoją tłumaczkę i współpracowniczkę poznał następne osoby?

– Gdy przybył do Francji, najpierw próbował się rozeznać.  Stąd wizyta w Maisons -Laffitte. Gdy, poza redaktorem „Kultury”, nawiązał bliższe kontakty z Zygmuntem Hertzem czy Józefem Czapskim, dzięki nim poznawał następne osoby i krąg przyjaciół i znajomych znacznie się poszerzył. Były też osoby, które same zabiegały o kontakt z przybyszem z Fryburga, człowiekiem odpowiedzialnym za wydawnictwo. Do nich należeli Witold Gombrowicz i Czesław Miłosz. Do spotkania z pierwszym z nich nigdy nie doszło, skończyło się na listach i telefonach. Z kolei pierwsze spotkanie poety z pallotynem „od Heideggera” nie zaowocowało w jakiś szczególny sposób. Musiała minąć ponad dekada i potrzebne było pośrednictwo osób trzecich, żeby opory ustąpiły, żeby lody zostały przełamane. Poza tym Sadzik podtrzymywał kontakty, jakie posiadał od czasów szkolnych i seminaryjnych, nade wszystko z Jakubem Krzyszczukiem i Zenonem Modzelewskim. Jakub, z którym poznał się już w niższym seminarium w Kleczy Dolnej, na podwadowickim Kopcu, od początku znajomości był jego przyjacielem, a w okresie fryburskich studiów dobrym kolegą. Po przybyciu do Francji stał się jednym z najbardziej zaufanych współpracowników. Krzyszczuk, Modzelewski i Sadzik stali się filarami wydawnictwa i drukarni. Do pomocy zaangażowali, przybyłą z Lublina, Danutę Szumską. Kisiel lubił rozpowiadać, że pallotyni mają do pomocy „księdza w spódnicy”. Sytuację skomplikowała nagła śmierć pierwszego, najstarszego z trójki we wrześniu 1976 roku.

– Trzy lata po powstaniu Centrum Dialogu?

– Minęły niecałe trzy lata. Krzyszczuk doznał udaru mózgu i dzień po wylewie zmarł. Sytuacja stała się trudna. Na tyle poważna, że Modzelewski przez dłuższy czas sam nie potrafił sobie z nią poradzić. Wpadł w depresję. Na szczęście z niej wyszedł, ale najważniejsze sprawy pozostały na barkach dwóch osób.

– Co było wówczas najważniejsze?

– Dalsze drukowanie książek i zadbanie o to, żeby ściągnąć najciekawszych prelegentów do salki z – dla niemałej liczby osób – kontrowersyjną Apokalipsą i równie bulwersującą Głową Chrystusa.

– I udało się.

– Tytuły wydanych pozycji – w dobie Internetu – łatwo sprawdzić. Podobnie jest z osobami, jakie wystąpiły w sali przy rue Surcouf 23, ozdobionej witrażem Jana Lebensteina i rzeźbą Aliny Szapocznikow. Trzeba jednak pamiętać, że na spotkania z Andrzejem Kijowskim Zygmuntem Kubiakiem, Jerzym Krzysztoniem, Tadeuszem Mazowieckim, Zygmuntem Mycielskim, Włodzimierzem Sedlakiem, Jackiem Woźniakowskim i wieloma innymi nie przychodziły dzikie tłumy. Nawet na prelekcji Karola Wojtyły – gdy 1 lipca 1977 roku mówił o świętym Stanisławie ze Szczepanowa – frekwencja nie była oszałamiająca. Mimo że występował kardynał, krakowski metropolita, sukcesor księcia Adama Sapiehy, człowiek uznawany za drugą osobą po prymasie Wyszyńskim, tłumów nie było. Sytuacja trochę się zmieniła po wyborze Polaka na papieża. Później wiele ożywienia wniósł nobel dla Czesława Miłosza oraz – jak przeważnie w momentach zawieruchy bywa – wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Ale wtedy założyciel ośrodka, będąc jednocześnie jego podporą i jego największym atutem, był już na drugim świecie.

– Ośrodek odczytowo-dyskusyjny jednak przetrwał.

– Jak nie mam wątpliwości, iż – oprócz takich ludzi z paryskiego towarzystwa jak Roman Cieślewicz, Teresa Dzieduszycka, Józef Czapski, Zygmunt Hertz, Jan Lebenstein, Maria Winowska – do najważniejszych osób z otoczenia księdza Sadzika należała Olga Scherer, tak jestem głęboko przekonany, że bez jego wysiłku, nade wszystko intelektualnego, bez jego wkładu, bez tej gigantycznej pracy, jaką sam wykonał, nie tylko, że by nic wielkiego nie powstało, ale by tak długo nie funkcjonowało.

Miłosz Czapski

Józef Czapski i Czesław Miłosz © Witold Urbanowicz

– Czyli do kiedy?

– Éditions du Dialogue przetrwało do 2001 roku. Jako ostatnia z serii  „Świadkowie XX wieku” ukazała się książka Świat w moich oczach Józefa Czapskiego, zapis rozmów, jakie z malarzem i zarazem diarystą, niezwykłym kronikarzem swojej epoki, przeprowadził Piotr Kłoczowski. Centrum Dialogu, rzadko bo rzadko, ale nadal organizuje spotkania, ale trudno to porównywać z tym, co się niegdyś w sali-kaplicy działo. Nie tylko daty się tutaj liczą. Wszystkie te sprawy są jako tako udokumentowane i łatwo się z nimi zapoznać, ale jest jeszcze inny aspekt…

– …funkcjonowania domu?

– Raczej funkcjonowania domów, bo przy rue Surcouf są dwa połączone ze sobą budynki. Oprócz dwóch przyszłych papieży z paryską placówką mieli kontakt lub wiązali się na wiele różnych sposobów ludzie z „prawa”, z „lewa”, z „centrum” czy z „marginesu”, nie było też – jak każe Ewangelia – oglądania się: kto jest Grekiem, kto Rzymianinem, kto Żydem, a kto  – prawdziwym czy farbowanym – Polakiem.

– Wstęp był wolny?

– I wstęp i występ. Ale równie ważne, a może nawet ważniejsze było to, co działo się w kuluarach, jak i pomiędzy otwartymi debatami. Sadzik przygotował grunt. W latach osiemdziesiątych pojawili się między innymi: Władysław Bartoszewski, Bronisław Geremek, Tadeusz Konwicki, Yves Montand, Jean-Marie Lustiger, Józef Tischner, Lech Wałęsa. W latach dziewięćdziesiątych pojawiali się: Karl Dedecius, Ryszard Krynicki, Stanisław Likiernik, Janina Ochojska czy Krzysztof Zanussi. Do częstych gości – przez wszystkie lata istnienia Centre du Dialogue – należeli: Jerzy Giedroyc, Zbigniew Herbert, Wojciech Karpiński, Stefan Kisielewski, Czesław Miłosz, Janusz Pasierb i Krzysztof Pomian.

– Wiązało się to z dłuższym pobytem i zamieszkaniem w domu przy rue Surcouf określonych osób?

– Jeśli te osoby były spoza Paryża i okolic, nierzadko tak bywało.

– W ostatnich latach było podobnie?

– Z osób przyjezdnych chętnie korzystali z gościny w pallotyńskim domu: Jerzy Kłoczowski, Bronisław Maj, Julia Hartwig z mężem Arturem Międzyrzeckim, Teresa Tomsia z córką czy Zofia Zarębianka z ojcem. Często, jeśli chodzi o miejscowych gości, zjawiali się: Krzysztof Jeżewski, Ludwik Lewin, Maciej Morawski. Ludwika Ogorzelec i Adam Zagajewski. Póki żyli, często pojawiali się w domu przy rue Surcouf: Jacek Bierezin, Tadeusz Brudzyński, Paweł Jocz i Maciej Niemiec. Dobrze też pamiętam wizytę Mariana Warzechy z żoną, Teresą Rudowicz, która była malarką, jak i wizytę Andrzeja Kurylewicza z żoną i córką… Większości pewnie te nazwiska obecnie niewiele mówią…

– …chodzi o autora muzyki do filmu Polskie drogi?

– Tak, chodzi o kompozytora i pianistę jazzowego, propagatora muzyki symfonicznej i kameralnej, męża Wandy Warskiej, prowadzącej w Warszawie swoją piwnicę, gdzie śpiewała i eksponowała swoje obrazy. Taką niezapomnianą wizytą był dla mnie, spowodowany przez Pawła Jocza, spontaniczny „nalot” Krzysztofa Jarosława Broziego z rodziną. Niestety ówczesny profesor lubelskiego UMCS i amerykańskich uniwersytetów, zajmujący się antropologią kulturową i kryzysami cywilizacji, swego czasu współtwórca Budki Suflera, w 1996 roku zmarł.

Andrzej Barti Paweł Jocz w kawiarni przy bulwarze Saint-Germain (Paryż 1998) ©Marek Wittbrot

Andrzej Barti Paweł Jocz w kawiarni przy bulwarze Saint-Germain (Paryż 1998) ©Marek Wittbrot

– Wiele było takich „nalotów”?

– Wszystkie niespodziewane i spodziewane wizyty trudno chyba byłoby dokładnie wyliczyć. Dla mnie bardzo ważny był na przykład przyjazd Stanisława Misakowskiego czy stała obecność Michała Milbergera. Pierwszy z nich, urodzony w Łucku, z Wołodymira stał się Stanisławem, zmienił też swoje ukraińskie nazwisko i – jako że w czasie wojny stracił wszystko, co napisał w ojczystym języku – postanowił pisać po polsku. Jest jednym z najciekawszych zjawisk literackich w drugiej połowie XX wieku, ale nadal czeka na odkrycie. Z kolei Michał Milberger – jeden z tych nielicznych ocalałych, który podczas hitlerowskiej okupacji stracił całą swoją rodzinę – z tej racji, iż część życia spędził w Rosji sowieckiej, część w Polsce i część we Francji, dodatkowo mając doskonałe kontakty w Izraelu i w Szwajcarii, miał dostęp do wielu środowisk. Nieraz, gdy opowiadał o wizytach Anny Achmatowej u swojego profesora, Władimira Faworskiego, gdy wspominał jaki popłoch wywołało pojawienie się na wystawie Andrieja Żdanowa, gdy mówił o swoim sporze z Friedrichem Dürrenmattem, o Kopernika – czy był Niemcem, czy Polakiem – gdy powracał do rozmów z Clarą Malraux albo dysput z Emmanuelem Levinasem, gdy naśladował Xawergo Dunikowskiego, Szymona Dżigana, Isaaka Bashevisa Singera albo Ossipa Zadkine’a, gdy ze wzruszeniem opowiadał o pomocy, jaką mu okazał Alberto Giacometti, albo gdy z rozbawieniem podkreślał, że Marc Chagall był miły, lecz chytry, zaś że Dina Vierny nie tylko w cerkwi nie powinna występować, gdy – już po zamachu – nawiązywał do swojej rzeźbiarskiej sesji z Icchakiem Rabinem – nie były to żadne podręcznikowe historie. Przeszłość uwyraźniała się w wyjątkowy sposób.

– Przestawała być przeszłością.

– Poniekąd, bo przestawały obowiązywać bariery czasowe, językowe, kulturowe czy cywilizacyjne. Michał Milberger to tylko jedna z osób i jedna z wielu historii, jakie tworzą genius loci dwóch domów przy paryskiej ulicy Surcouf. To wymowny przykład i zarazem dowód, jak – w sumie w skromnych warunkach – można…

– …otworzyć się na świat?

– I na przeszłość, i na teraźniejszość – na bieżące problemy – i na ludzkie dylematy, na kwestie praktyczne, jak i czysto filozoficzne. Tak na zagadnienia egzystencjalne, jak i artystyczne. A sprawa jest prozaiczna, bo chodziło i chodzi wciąż o jedno i to samo: żeby lepiej i pełniej żyć.

– Od dwóch lat, z powodu swoich studiów, jestem związana z Gdańskiem, jestem więc bardzo ciekawa, czy – oprócz Lecha Wałęsy – inni gdańszczanie odwiedzali rue Surcouf?

– Trzykrotnie – za pierwszym razem przez miesiąc – gościł w domu przy rue Surcouf Aleksander Jurewicz. Czterokrotnie pallotyńskie mury miały szczęście gościć Pawła Huellego, raz pojawił się w Zbigniew Żakiewicz. Wiem też, że w latach osiemdziesiątych bywała tutaj autorka Skandali minionego życia i Portretów paryskich

– …ale Renata Gorczyńska mieszka obecnie w Gdyni.

– Owszem. Można by jednak rzec, że należy do silnej trójmiejskiej reprezentacji zasilającej Surcouf. Podobnie jak autora Kapłanki, Adam Kamiński, który w roku 2011 stawił się z obstawą, bo woli – jak słyszałem – nie rozstawać się z żoną.

– Kontaktów parysko-pomorskich zatem nie brakuje?

– Parysko-kaszubskich… Całkiem niedawno pojawiły się dwie młode osoby, jedna z nich, Dominika, urodziła się w Pucku, dzieciństwo spędziła we Władysławowie, studiowała w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, a niecały rok temu przeprowadziła się z Oliwy, znad morza, nad Sekwanę, żeby w Paryżu zająć się identyfikacją wizualną, projektowaniem graficznym i typografią. Z kolei pochodząca z Chojnic Martyna Maria najpierw studiowała w Poznaniu i czeskiej Pradze, staż naukowy odbyła w Unité de Formation et de Recherche d’Études Slaves na Sorbonie. Przez pewien czas próbowała swoich sił w konkursach francuskiej piosenki poetyckiej. Zdobywała nagrody za przekłady, między innymi Bohumila Hrabala i francuskojęzycznej afrykańskiej poezji kobiecej. Tłumaczy też z języka słowackiego. Para się historią i teorią sztuki. Jej pasją jest również fotografia.

– Czy będą jakieś efekty tych wizyt, na przykład w postaci kolejnych książek w Kolekcji Recogito…?

– Do tej pory – dzięki wsparciu paryskiej Galerii Roi Doré – udało się wydać siedem pozycji. W dużym stopniu są one owocem wieloletniej działalności, tak na łamach miesięcznika „Nasza Rodzina”, jak również – istniejącego od 2000 roku – internetowego czasopisma „Recogito”. W przygotowaniu są cztery następne książki.  Kolekcję wspomagają: Artur Majka i Piotr Roszak, jak też Alicja Połap i Józef Rudek. Największy chyba ciężar spoczywa na Arturze… Bez jego poświęcenia i twórczej inwencji zapewne niczego byśmy nie zrobili. Co będzie dalej…? Od lat – ilekroć przystępuję do pracy nad kolejnym numerem „Recogito” i, ostatnio, do pracy nad książkami – jestem przekonany, że to będzie koniec, że wszystko trzeba jakoś „spiąć”, zamknąć i wreszcie oddać się zaległym lekturom, rozmyślaniom…

– …o własnych książkach?

– Bodajże dwa lata temu usłyszałem od jednej z osób, że zasłaniam się innymi… Każdy oczywiście ma prawo patrzeć po swojemu, ale – wydaje mi się – są znacznie prostsze metody „zasłaniania się”. Nie chodzi też o to, żeby mieć książkę „na koncie”. Żyjemy w epoce, kiedy pisanie i wydawanie własnych książek czy e-booków stało się powszechną praktyką. Najczęściej – mimo wysokich nakładów czy popularności – ciężar gatunkowy tego jest niewielki. Co do własnych rzeczy… Cóż miałbym powiedzieć? Zawsze wydawało mi się trochę niezręczne epatowanie innych własną osobą. Lepiej jak pewne sprawy – również publikowanie czegokolwiek – wynikają z czyjejś inicjatywy.

– Éditions du Dialogue opublikowało kilkanaście książek prozatorskich, ale tylko po francusku, dlaczego?

– Ksiądz Sadzik początkowo nastawiony był na rynek francuski, ale szybko się zorientował, że dla takich wydawnictw jak Gallimard, Grasset czy Seuil nie będzie konkurencją. Miał kilku swoich autorów, ale do francuskojęzycznej prozy raczej nie miał „nosa”. Przez jakiś czas żywił nadzieję, że najlepsza polska literatura, w dobrych francuskich przekładach i dobrze wydana, znajdzie nabywców. Oddźwięk był nikły. Również takie przedsięwzięcia, jak wydanie w 1965 roku po francusku Miłości i odpowiedzialności, do 1978 roku, czyli wyboru Karola Wojtyły na papieża, zdawało się rynkową porażką. Tak czy owak, jego zasługą było i pozostanie to, że potrafił wykorzystać historyczny moment, że umiejętnie rozporządzał pieniędzmi, jakie najpierw zdobywał Krzyszczuk a później Modzelewski, że – niemałym kosztem własnym – zdołał oprzeć się tym wszystkim, dla których kolekcja „Znaki czasu”, a tym bardziej jakieś literackie rzeczy, zupełnie się nie liczyły. Zarzut, że marnuje pieniądze, bardzo go bolał. Z czasem też coraz bardziej zaczęło mu doskwierać, że nadzieje, pokładane w różnych osobach z własnego podwórka, okazują się płonne.

– Rzeczywiście nie było nikogo?

– Na szczęście był Modzelewski, jego kolega i przyjaciel od czasów seminaryjnych, którego zresztą sam ściągnął do Francji. Ksiądz Zenon jednak w pewnym momencie zarzucił swoje literackie ambicje. Pochłonęły go kwestie praktyczne. A zdobycie odpowiednich funduszy wiązało się z ogromnym wysiłkiem i kosztami, o jakich nie czas teraz mówić.

– Była jeszcze pani Danuta Szumska?

– Była i jest. Najlepiej – sądzę – gdyby sama, ze swego punktu widzenia, zechciała przedstawić te sprawy, w jakie miała wgląd czy w jakich miała swój udział.

– Był też ksiądz Witold Urbanowicz.

– Za czasów Sadzika zajmował się szatą graficzną „Naszej Rodziny”, robił też zdjęcia w Centrum Dialogu. Projektowaniem okładek zajął się później.

– Ale „Naszą Rodzinę”  w pewnym momencie przestał graficznie opracowywać.

– Dokładnie w lutym 1994 roku. Zajął się wtedy drukarnią, a dwa lata później poświęcił się całkowicie artystycznej działalności.

– Éditions du Dialogue – jak już mówiliśmy – przetrwało do 2001 roku, „Recogito” rok wcześniej zastąpiło miesięcznik…

– …który latem 1998 stał się wyłącznie dwumiesięcznikiem. Tak się złożyło, że wcześniej, jako przewodni dla całego tego numeru, został wybrany temat dialogu. Mowa była w nim o pielgrzymowaniu na Synaj, jak i o tych, którzy już odeszli, a mimo to są obecni. Nawiązując do Thomasa Mertona – a raczej przeczytanego razem fragmentu jego listu – Paweł Krupa pisał o „posłudze jednania”. Piotr Wojciechowski przywoływał Boga poetów, Jan Sochoń – Nikodema. Aleksander Jurewicz nie miał wątpliwości, że zacierają się słowa i uczucia. A Wincenty Różański – bohater Całej jaskrawości Edwarda Stachury – w wierszu Wędrowanie przypominał, że „tu” i „teraz” wszystko się nie kończy.

– W 2014 roku pojawiło się „Re/cogito” w wersji francuskiej.

– I na razie jest w martwym punkcie, bo osoba, dzięki której i dla której – z racji odpowiednich kwalifikacji – ta wersja powstała, która miała być mózgiem przedsięwzięcia, praktycznie się wycofała. Oczywiście nie jest to komfortowa sytuacja, tym bardziej, że i wersja polska będzie teraz mocno opóźniona… Problemem podstawowym jest to, że nie da się wszystkiego zrobić w pojedynkę, czasopismo zaś nigdy nie miało żadnych sponsorów ani żadnych funduszy.

– Gdyby ksiądz Sadzik żył, na co by postawił?

– Sala-kaplica pewnie nie raz by się zamieniała w miejsce, gdzie dokonuje się prawdziwa burza mózgów, a innym razem – służyłaby modlitewnemu skupieniu

– Jak więc jest naprawdę? Paryż wart jest mszy?

– Historycznie – nie ma chyba co do tego wątpliwości – to jedno z ważniejszych miast na Starym Kontynencie, a być może i w świecie. Decydowały się tu losy nie tylko Francji, lecz wielu innych krajów czy ludzkich wspólnot.

Ksiądz Sadzik – w tekście Co to jest msza święta?, opublikowanym w marcowym numerze „Naszej Rodziny” z 1965 roku – przypominał „posiłek święty, sacrum convivium”, jakim jest każda msza. Jest ona także – jak pisał – „odnawiającą się ustawicznie wśród nas i dla nas” ofiarą. Jest „przyjęciem eucharystycznym, wspólnym stołem wokół Chrystusa”. Jest „nie tylko przyjemnością spożywania”. Jest uroczystą chwilą, która powinna rzutować na naszą codzienność. Jest wreszcie „punktem wyjścia”. Słowo Boże oraz „Ciało i Krew Pańska są pokarmem na naszą drogę”. Na każdej „ludzkiej drodze, niejednokrotnie tak uciążliwej i trudnej”, warto od czasu do czasu się zatrzymać. Po to właśnie, żeby „wrócić do swoich zajęć: z nową siłą, wziętą z Bożego Stołu”. Przystępowanie do Stołu Pańskiego z merkantylnych pobudek, czynienie ze Stołu Słowa i Uczty Pańskiej ideologicznego czy politycznego użytku, to zwykła profanacja. I niewątpliwie, lepiej żeby nie było podobnych sytuacji – takich jak ta, związana z zabiegami o francuski tron – lepiej, żeby teoria wiązała się z praktyką i vice versa. Można dyskutować, czy bardziej francuskiemu społeczeństwu i religii przysłużyła się postawa św. Franciszka Salezego, czy kunktatorstwo Henryka IV… Nie są to łatwe do oceny, proste do zweryfikowania kwestie, ale zasada – jaką Kościół oficjalnie głosi od setek lat i jakiej nieraz uparcie broni – jest jasna: cel nie uświęca środków.

– Dlaczego zatem jest inaczej?

– Stefan Swieżawski, jeden z najwybitniejszych polskich mediewistów, odnosząc się do opinii, iż „apokaliptyczna bestia o siedmiu głowach to akompaniament całej historii, to dzieje się ciągle”, że „w najgorszych warunkach trzeba być twórczym”, że w najciemniejszych okresach dziejów trzeba pilnować najwyższych wartości i pielęgnować je. A są nimi: miłość i mądrość, poświęcanie się dla nich. Dlatego nad niektórymi faktami – z przeszłości i teraźniejszości – nie można przechodzić obojętnie. Dla niego niepojętą rzeczą było, iż jeszcze za jego życia we Francji, na Wielki Piątek, wynajmowano Żyda, po prostu na pohańbienie. Podczas liturgii wielkopiątkowej, jakby na potwierdzenie, że to Żydzi zamordowali Jezusa, ksiądz go policzkował. Autor monumentalnej Filozofii XV wieku uważał, że nie wolno zapominać, iż takie – jak mówił – straszliwe rzeczy miały miejsce w katolickich kręgach. Na takie rzeczy nie wolno przyzwalać. I naprawę świata należy zaczynać od siebie.

– Nastał czas na naprawę świata?

– Raczej chodzi o tych, którzy chcą naprawiać świat kosztem innych, a nie własnym. Najgłośniej o naprawie świata krzyczą zazwyczaj ci, którym najmniej na niej zależy. Najbardziej zaś szkodzi jej zwykła demagogia, różne populistyczne hasła… Nie inaczej rozpoczynali Lenin i Stalin, Hitler czy – w bliższych nam czasach – Pol Pot i Kadafi… Wiele wskazuje na to, że znowu znaleźliśmy się w takim historycznym momencie, gdy – jak się wielu osobom wydaje – bardziej opłacalne jest koniunkturalizm czy kunktatorstwo, szukanie taniego poklasku albo łatwych wytłumaczeń. Zamysł Sadzika był inny. Bardzo ewangeliczny. W sali, gdzie z jego inicjatywy, na witrażu Jana Lebensteina, znalazła się „apokaliptyczna bestia”, wszczął skromną, ale i poważną – jak się miało później okazać – szerszą debatę. Takie wyjście nigdy nie jest ani łatwe, ani proste. To oczywiście o wiele trudniejsza droga… Łatwiej narzucać swoje racje niż je uzgadniać. Łatwiej budować mury niż wznosić mosty. Łatwiej siać zamęt niż wnosić pokój. Czy ludzie znowu na własnej skórze muszą poczuć, że tanie prawdy drogo kosztują, żebyśmy – jak to mówią – poszli po rozum do głowy…?

– Mnie się wydaje, że starsi powinni to lepiej wiedzieć.

– Jan Paweł II ciągle powtarzał, że młodzi są nadzieją, są przyszłością świata.

– Ale czy od starszych nie należy się uczyć?

– Od takich jak Sadzik z pewnością… Oczywiście łatwiej jest krzyczeć, grać na emocjach, wykorzystywać – jeśli o młodych chodzi – brak doświadczenia, łatwiej jest manipulować prawdą, do której dostęp jest zawsze jakoś ograniczony, niż o nią zabiegać… Do tego trzeba po prostu zwykłego namysłu, a nierzadko głębszej refleksji…

– …a w dobie Internetu nie czas na refleksję?

– Internet jest tylko narzędziem. Daje ogromne możliwości. Bywa bardzo przydatny. To w sumie wspaniały wynalazek. Ale trzeba by dodać, iż są prawdy ukryte – wcale nie te spiskowe! – do których dochodzi się raczej ciężkim wysiłkiem, a nie kliknięciem, ściągnięciem jakiejś aplikacji. Człowiek mądry z pomocą najprymitywniejszych narzędzi potrafi nieraz niezwykłe rzeczy stworzyć, a ograniczonemu, zadufanemu w sobie – najwspanialsze posłużą jedynie do destrukcji.

– Gdzie mądrości szukać?

– Zapewne i w tym przypadku należałoby zacząć od siebie… Wielokrotnie słyszałem z ust Pawła Hertza – a zaliczam go do najmądrzejszych spośród wszystkich tych, jakich miałem szczęście poznać w swoim życiu – iż na równi trzeba badać wytwory ludzkiego ducha i ciała, iż bez historycznej pamięci i pod warunkiem, że nie zafałszowuje się historii, bez kultury – a zatem także bez literatury i sztuki, jak i religijnej refleksji, czyli tego, co stanowi w pewnym sensie namysł nad całym ludzkim doświadczeniem – byliśmy, jesteśmy i pozostaniemy skazani na łaskę i niełaskę tych, od których sami, przez swoją gnuśność albo lenistwo, się uzależniamy.

– Trzeba zatem myśleć i nie zapominać o ideałach?
– Każda idea, nawet najszczytniejsza, ma to do siebie, że musi zważać na zmieniające się uwarunkowania. Co wynikło z tego, że niektórzy – stosunkowo niedawno przecież – nie chcieli przyznać, że Ziemia nie jest płaska, a nawet prześladowali, srogo karali niepokornych? Posyłali na stos za głoszenie tez, jakie im się nie mieściły w głowie. Przy tym powoływali się na Biblię albo na autorytety, jakie sami wyznaczali. Co z tego wynikło? Jaką nauka albo wiara odniosła korzyść z tego, że niektórzy w swój ograniczony horyzont – myślowy, mentalny, religijny czy kulturowy – wprzęgali Pana Boga?

– Ale to ja miałam pytać.
– Bardzo popularny w ostatnich latach teolog żydowski, Jacob Taubes, od 1965 roku do swojej śmierci w 1987 związany z Wolnym Uniwersytetem Berlińskim, zwracał uwagę na prometejski, tragiczny – jego zdaniem – „dualizm człowieka kopernikańskiego”. Jednocześnie przestrzegał przed rezygnacją z eschatologii. Uważał, że – patrząc od strony aksjologicznej – czynnikami, jakie przyczyniły się do współczesnego kryzysu, są między innymi: oświeceniowy dogmatyzm i  „absolutny dystans” względem rzeczy ostatecznych. Ów dogmatyzm i odrzucenie eschatologicznej perspektywy dostrzegał u niemieckich idealistów, jak również u Marksa i jego następców. Nawiązując do teorii Kanta zastanawiał się, czy rzeczywiście postęp moralny nie jest uzależniony od zmiany obyczajów, lecz zależny jest od przemiany sposobu myślenia. W sumie raczej nie wierzył w wyzwolenie od zła. Twierdził, że zło przeminie wtedy, gdy przeminie świat. Cała nasza historia to błądzenie po omacku. Taubes – niczym współczesny Jakub Böhme – wyczekiwał nowej jutrzni, czy też momentu, w którym zostanie zerwana zasłona zakrywająca świat. I miara ludzka już nie będzie się liczyć. Boska miara – zgorzelecki mistyk, którego wizja przez pewien czas miała ogromny wpływ na Adama Mickiewicza, wskazałby najwyższe Arcanum – będzie jedynym kryterium. „Tą boską miarą jest świętość, będąca przede wszystkim wyborem i wyodrębnieniem. Bycie świętym to bycie odrębnym. Świętość jest czymś straszliwym, wstrząsającym posadami świata” – czytamy w zakończeniu pracy doktorskiej niemiecko-żydowskiego myśliciela. Porywające i zastanawiające, nieprawdaż…?

– Rzeczywiście, nieproste to wszystko… pięknie powiedziane, ale i niepokojące.

– Czyż w Dziadach albo Panu Tadeuszu nie wyczuwamy nadchodzącej jutrzenki…? Czyż Papież-Polak – tak jak niemieccy i polscy romantycy, jak galicyjscy rabini, jak śląscy mistycy (a Taubes uczył w nowojorskim Jewish Theological Seminary, spadkobiercy wrocławskiego, a właściwie breslawskiego Żydowskiego Seminarium Teologicznego Fundacji Fränkla), jak Paweł z Tarsu – czy Jan Paweł II nie wzywał do otwarcia na to, co nadchodzi…? Czyż nie wołał o ludzi ducha…? Czyż nie mówił o nowym człowieku, który będzie homo spiritualis…? Czyż beatyfikując i kanonizując tak wiele osób nie miał na tym punkcie wręcz obsesji…? Czyż nie o to sanctum chodzi, za sprawą którego świat wypada z kolein i wchodzi w nową orbitę…?

– To znowu bardzo trudne, niezwykle trudne pytania.

– W życiu każdego z nas – prędzej czy później – przychodzi taki moment, kiedy pojawiają się zasadnicze pytania… pochodzą jakby z wnętrza, tkwią głęboko w nas. I za nas na nie nikt – choćby był najmądrzejszym z ludzi – nie odpowie.

Gdańsk – Paryż, listopad 2016


Marek Wittbrot – autor tekstów, dziennikarz, pallotyn. W latach 1991-1999 redaktor naczelny paryskiej „Naszej Rodziny”, od 2000 roku prowadzi internetowe czasopismo „Recogito” (www.recogito.pologne.net). W latach 1990-2005 zajmował się fotografią i eksponował swoje zdjęcia między innymi w paryskim Atelier Visconti, w łódzkim Muzeum Kinematografii, w poznańskim Domu Bretanii i w Espace Urbanowicz w Montmorency. Od 1997 do 2002 robił zdjęcia dla Centre du Dialogue ze spotkań odbywających się w sali przy rue Surcouf 23 oraz w sali pod kościołem Saint-Pierre du Gros Caillou przy rue Saint-Dominique 92. W roku 2010 wydał wraz z Pawłem Huelle Rozmowy nad Mołtawą, Sekwaną i Wezerą, zaś w 2016: Reprezentować samego siebie. Maciej Niemiec – in memoriam. Razem z paryskim architektem i malarzem Arturem Majką i związanym z uniwersytetami w Pampelunie i Toruniu teologiem Piotrem Roszakiem oraz Alicją Połap i Józefem Rudkiem z Galerii Roi Doré w Paryżu stworzył Kolekcję „Recogito”. Współpracował z czasopismami „W drodze”, „Tygiel Kultury”, „Czas Kultury”, „Topos”. Obecnie współpracuje z kwartalnikiem „Bliza”.

Małgorzata Sańko – studentka II roku drugiego stopnia studiów stacjonarnych Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego.

O autorze /


Właścicielka strony www.jozefczapski.pl. Autorka tekstów na tej stronie. Od lat zajmuje się twórczością Józefa Czapskiego; przegląda archiwa. Odczytuje dzienniki. Copyright 2017 - Elżbieta Skoczek / Materiały umieszczone na stronie są chronione prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tylko za zgodą autora.

Artykuły powiązane

O pisaniu biografii

"(...) starałam się docierać do istoty rzeczy każdego zagadnienia w przekonaniu, że zbliżanie się do prawdy i jawność są wymowniejsze i moralniejsze od przemilczeń, legend i niedomówień.


Ludźmi jesteśmy i tylko ludźmi ułomnymi choćby nas inni brali za aniołów - pisał Mickiewicz do przyjaciół – cytując Naśladowanie.

Maria Czapska, Szkice Mickiewiczowskie, Wstęp

Kontakt

Zapraszamy do kontaktu z redakcją