"Chciałbym, żeby moje płótna najlepsze były w Polsce, żadne Ameryki, żadna Francja mnie nie kuszą".
Z listu Józefa Czapskiego do Jana Cybisa

Jan Lechoń

Czapski – jak sam się do tego faktu przyznawał – nigdy nie przejawiał specjalnego zainteresowania poezją Jana Lechonia. W latach dwudziestych, kiedy przyjechał do Polski przesiąknięty był jeszcze literaturą rosyjską, stąd też twórczość całego kręgu Skamandra nie docierała do jego świadomości. Wiersze te zdały mu się pretensjonalne, grymaśne, oddające klimat świata absolutnie mu obcego:

te z pierwszej eksplozji […], które zyskały mu sławę nieledwie wieszcza, zdały mi się epigońsko romantyczne, nie do czytania, a tomik następny po Karmazynowym poemacie – Srebrne i czarne – zimny i pseudoklasyczny, nie to, że nie czułem magii tych wierszy, więcej – n i e  w i e rz y ł e m  i m, te śmierci, te miłości – to był papier – wspominał Czapski[1]

Taka niechęć do tej poezji trwała długo. Nawet w 1939 roku, w obozie starobielskim, kiedy 11 listopada deklamowano wiersze polskie i między innymi usłyszał Piłsudskiego, którego „opary liliowe”, „białe margrabiny”, „potępieńcze krzyki”, „lansjery-bohatery” zdały mu się jeszcze wtedy nie do zniesienia. Nie mógł zrozumieć swojej reakcji tak gwałtownie negatywnej. Było mu wstyd za ten wiersz.

Los tak pokierował życiem tych dwóch ludzi, iż spotkali się w Paryżu, w domu państwa Felicji i Kazimierza Kranców. O trzy lata od siebie młodszego, Jana Lechonia tak Czapski wspominał:

Poznałem Lechonia osobiście w najgorszej jego epoce – epoce złudzeń i snobizmów w Paryżu lat trzydziestych. Zawsze w tłumie, agresywny, głośny, światowy i dyplomatyczny, drażnił mnie, ani chwili nie czułem w nim poety.[2]

Spotykali się jeszcze później, sporadycznie, w domu państwa Godebskich i nawet po jednym z takich wieczorów – około 1935 roku – Lechoń odwiózł go taksówką. W chwili, gdy się rozstawali ten ściszonym głosem, niewidzialny, bo zatopiony w mroku nocy, wypowiedział do malarza, parę zaledwie strof z Mallarmégo. Choć wyrecytowane były one z fatalnym francuskim akcentem, dla słuchacza to był szok, który sprawił, że nagle pomyślał, iż jest on wyczulonym na słowo poetą. Takie spostrzeżenie wydaje się być wyrazem emocjonalnego podejścia do twórcy, które skądinąd nie było przecież obce Czapskiemu, a które często przysłaniało rzetelne poznanie.

Kilkanaście lat później, w latach pięćdziesiątych spotkali się, gdy Lechoń już przebywał w Stanach Zjednoczonych. Jak napisał Czapski, miał już wtedy do jego poezji stosunek bardziej złożony. Wynikał on pośrednio ze stanu wiedzy na temat literatury polskiej, a także z poczynionych kroków w kierunku poznania twórczości Leszka Serafinowicza (to prawdziwe imię i nazwisko Lechonia). Znalazł przecież ważne dla siebie wiersze. Najpiękniejszym był Herostrates, mimo że autor wypowiedział w nim bluźniercze strofy pod adresem Polski, będące wyrazem krytycznego spojrzenia na ojczyznę. Także te inne z wczesnego okresu twórczości dotarły do niego z nową siłą. Przestały być tylko „papierem”, lecz zaczęły urastać do rangi wierszy znaczących.

Do momentu spotkania, które wzbogaciłoby ich nigdy nie doszło. Dzielił ich mur różnorakich osobowości, innego spojrzenia na współczesne problemy. Próby zbliżenia ich do siebie, czynione podczas spotkań przez wspólnych znajomych nie wpłynęły na ocieplenie stosunków. Śledząc myśli i wspomnienia Czapskiego, które dotyczą osoby autora Karmazynowego poematu odnieść można wrażenie, iż usiłował nawiązać bliższą znajomość, pomimo zmian jego nastrojów. Lechoń poczytywał jednak jego zabiegi za brak formy.

Zaglądnijmy teraz na chwilę do Dziennika Lechonia, by poznać ocenę tej znajomości. Pierwsze ślady wspomnień związanych z osobą Czapskiego spotykamy wypisane obok reakcji piszącego na temat działalności samej “Kultury”. Pobrzmiewają tutaj echa spraw, które ich dzieliły. Pierwsza z nich wyrażała się w odmiennym stosunku do Polski. Lechoń nie dopuszczał do siebie myśli, że w Polsce powojennej mogą dziać się jakieś zbrodnie, o których istnieniu informowała redakcja miesięcznika. Dla niego były to rzucane oszczerstwa. Stąd 1 października 1949 roku w swoim Dzienniku zanotował:

Każda wiadomość o jakichś zbrodniach dziejących się w Polsce odbija się na mnie furią na Kulturę i zwłaszcza na jej papieża i Wielkiego Mogoła – Czapskiego. Ten świątek, skądinąd czuły i zacny facet, ma jakieś zakamarki dostojewskie, jakieś hrabskie przekory w sprawach, gdzie nie może być mędrkowania, tylko bardzo prosta i bezwzględna moralność. Ordynarna zdrada mnie oburza, to sprawy zaklasowane, w których nie ma się co wypowiadać. Ale ten pétainizm, ta obrzydliwa tartuferia – jest na poziomie literackim, dzieje się między nami.[3]

Czapskiego raził Lechonia stosunek do Polski wyidealizowany, nacechowany jakimś romantyzmem i tą bezwzględną wiarą w prawość systemu.

Lechoń zanotował w Dzienniku swoją reakcję na przeczytany w “Kulturze” artykuł Czy Maritain miał rację?:

Czapski znów wywala w Kulturze sprawę polskiego antysemityzmu; nie pamiętam, żeby z tym walczył przedtem.[…] w Czapskim jest jakaś bardzo drażniąca kombinacja idealizmu i „nienawistnictwa”, przy tym pisze on absolutnie o wszystkim, a zna się na bardzo niewielu rzeczach. Co do polskiego antysemityzmu – cierpiałem nad nim na pewno nie mniej niż Czapski.[4]

8 stycznia 1950 r. zjedli razem śniadanie, na którym była obecna Felicja Lilpop (później Kranc). Czapski pokazał mu wtedy swoje pejzaże, którymi się Lechoń nie zachwycił. Z tego spotkania Lechoń wyniósł jednak podziw dla niesamowitej żywotności malarza, który rozmawiał z nim pełen entuzjazmu, z pełną głową najrozmaitszych planów. Pełen cynizmu skwitował to sarkastycznym stwierdzeniem: “Ale wszystko to groch z kapustą, przywalone dobrocią, wdziękiem i hrabstwem”.[5]

W 1970 roku opublikował esej Lechoń i jego “Dziennik”, w którym Czapski odnotował swoje wrażenia po przeczytaniu intymnych zapisków. Oprócz niego, z kręgu emigracyjnych pisarzy, na opublikowanie Dziennika żywo zareagowali Czesław Miłosz[6] oraz Witold Gombrowicz [7]

Dzięki nim odkrył człowieka, do którego za życia nie potrafił dotrzeć. Znowu, podobnie jak w przypadku Gombrowicza, autor zapisków stanął przed jego oczyma jako człowiek dotknięty cierpieniem, które nie pozwalało mu na obiektywne sądy. Lekturę tę zaczął przeglądać wedle indeksu nazwisk znajomych. Wgryzał się powoli w treść. Przy tak obranej metodzie okazało się, że pierwsze wrażenie było fatalne.

Nieustanne ataki na żywych i umarłych, niemożliwy poziom, wprost ubóstwo intelektualne. – napisał zdruzgotany Czapski

i dalej:

[…] rzuca się w oczy jakiś niesamowity snobizm, arywizm, kulturalna powierzchowność, cechy, które właśnie w kombinacji z pozą romantyczną były trudne do zniesienia.[8]

Choć tak dotknął go sposób oceny otaczających go ludzi, którzy często chcieli być bliskimi autorowi Marmuru i róży starał się znaleźć przyczynę jego sarkazmu. Ciągłe wyrzucanie z siebie niezadowolenia na otaczającą go rzeczywistość tłumaczył Czapski brakiem silnej osobowości, a także jego złym stanem psychicznym. Dowodem tego była samobójcza śmierć poety.

[1] Józef Czapski, Lechoń i jego “Dziennik” w: Czytając, Kraków 1990, s.437.

[2] tamże, s. 438.

[3] Jan Lechoń, Dziennik, t.1. Londyn 1967, s. 122.

[4] tamże, s. 145.

[5] tamże, s. 167.

[6] Czesław Miłosz Duże cienie. “Kultura”, Paryż 1972, październik.

[7] Witold Gombrowicz, Dzieła zebrane. Tom X Varia, Paryż 1973.

[8] Józef Czapski, Lechoń i jego “Dziennik w: Czytając, Kraków 1990, s. 439.

O autorze /


Właścicielka strony www.jozefczapski.pl. Autorka tekstów na tej stronie. Od lat zajmuje się twórczością Józefa Czapskiego; przegląda archiwa. Odczytuje dzienniki. Copyright 2017 - Elżbieta Skoczek / Materiały umieszczone na stronie są chronione prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tylko za zgodą autora.

Komentarz

O pisaniu biografii

"(...) starałam się docierać do istoty rzeczy każdego zagadnienia w przekonaniu, że zbliżanie się do prawdy i jawność są wymowniejsze i moralniejsze od przemilczeń, legend i niedomówień.


Ludźmi jesteśmy i tylko ludźmi ułomnymi choćby nas inni brali za aniołów - pisał Mickiewicz do przyjaciół – cytując Naśladowanie.

Maria Czapska, Szkice Mickiewiczowskie, Wstęp

Kontakt

Zapraszamy do kontaktu z redakcją